Oczywiście, że zawsze musiała mieć coś do dodania, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, szczególnie w sprawach, o których mogła mieć jakiekolwiek pojęcie. W tych związanych z roślinami nigdy by nawet nie próbowała wtrącać swojej opinii, bo wiedziała, że to nie ma prawa bytu.
- Widzę, że ta czerowna kiecka na zawsze pozostanie w Twej pamięci, dobrze. - Faktycznie nie był to jej najlepszy wybór na przestrzeni lat, może właśnie przez to, że w ogóle nie był to jej wybór, tylko sprawka matki, która postawiła ją pod ścianą. Na szczęście Jennifer już odczepiła się od jej garderoby i nie wnikała w to, co na siebie zakłada. Jej najważniejsza misja w życiu została spełniona, chyba nadal sądziła, że miała drobny wpływ na to, że Roise zainteresował się jej córką, nikt nie wyprowadzał jej z tego błędu. Wydawała się być zadowolona takim stanem rzeczy, nawet przestała wypytywać o to, czy podejmą jakieś oficjalne kroki.
Trwali przy sobie przez tyle lat, że zaczęło wydawać się naturalne to, że tak będzie zawsze. Nikt tego nie podważał. Ich rodziny chyba zdawały sobie sprawę z tego, że wszystko w swoim życiu robili po swojemu, a nie tak, jak ktoś im zagrał, co było całkiem wygodne.
Geraldine nie odczuwała potrzeby, aby coś zmienić, bo po co? Skoro było im tak dobrze, jasne, może kiedyś, tyle, że aktualnie nie wydawało jej się, aby to było konieczne. Zresztą tak, czy siak chciała spędzić resztę swojego życia przy Roisie, czy te oficjalne deklaracje faktycznie coś zmieniały? Nie wydawało jej się.
Przy każdej możliwej okazji pojawiali się razem, właściwie od samego początku, kiedy postanowili, że zostaną parą, to było oczywiste, że nie interesowali się kimś innym, nie było ku temu żadnych wątpliwości i na pewno ci którzy widzieli ich razem nie mieli sposobności tego podważać. Spędzali bowiem czas nawet na tych oficjalnych wydarzeniach przede wszystkim razem, nie opuszczali siebie na dłużej niż kilka minut, to mówiło samo za siebie. Nadal byli w sobie tak samo zakochani, jak te kilka lat temu, upływający czas tego nie popsuł, nie wydawało jej się, żeby kiedykolwiek mogło się to zmienić.
- Na szczęście to nie od sukienki zależy ich wygląd. - No, przynajmniej wtedy, kiedy już pozbywała się z siebie ubrań, a w sumie to Ambroise to robił. Zazwyczaj sabaty kończyły się w podobny sposób, wymykali się z nich w momencie, w którym zaczynali za bardzo zatracać się w swoim towarzystwie, to samo było z przyjęciami. Sukienki więc były tylko chwilowym narzędziem do tego, aby wyglądać odpowiednio, zresztą przy nim nie musiała się stroić, Roise wiedział, co kryje się pod ubraniami i to jej wystarczało.
Tak, zdawała sobie sprawę, że pewnie kiedyś przyjdzie im zmienić status tej relacji, nie mogli w nieskończoność tego od siebie odsuwać, prędzej jednak chyba skłaniałaby się ku innej zmianie, zaczęła myśleć o tym, że w sumie nie byłoby niczego złego w posiadaniu potomstwa, kiedyś była bardzo negatywnie nastawiona do takich posunięć, aktualnie jednak czasami zastanawiałaby się, jakby to było gdyby. Roise mocno się o nią troszczył, podejrzewałaby, że tak samo robiłby z ich ewentualnym potomstwem, trochę bardziej obawiałaby się tego, jak ona sama odnalazłaby się w takiej roli. Nie miała bowiem zbyt dobrych wzorców jeśli o to chodzi. Była gotowa spróbować, cóż miło by było gdyby ich stado kiedyś się rozrosło. Taka chyba była kolej rzeczy.
- Najwyraźniej nie mam innego wyjścia. - Cóż, dla niego mogła być tym, czego tylko pragnął, co do tego nie miała wątpliwości. Jeśli faktycznie widział w niej rusałkę... cóż musiała się z tym pogodzić. Ambroise od zawsze dostrzegał w niej to, czego nie widział nikt inny, patrzył na nią tak, jakby naprawdę była najpiękniejszą kobietą na świecie, czuła to i bardzo jej się to podobało.
Spoglądała na niego bardzo uważnie. Cóż, był tylko facetem, to prawda, ale spodziewała się po nim czegoś więcej, szczególnie, że sam bardzo dbał o swoją aparycję, sądziła, że ktoś taki jak on jest w stanie dostrzec drobne różnice, najwyraźniej źle go oceniła. - W tym roku chyba porzucę biel, może wtedy dostrzeżesz różnicę w tych sabatowych sukienkach. - Tak, czy siak skończą na tym, że ją z niej zerwie w mniej cywilizowany lub bardziej sposób. Sabaty w jego towarzystwie zawsze kończyły się tak samo.
- Chociaż nie, nie mogę, bo wtedy ta chustka nie będzie mi pasować do sukienki. - Jakież to wszystko było skomplikowane. Na pewno jednak z tyłu głowy pozostanie jej myśl o tym, aby odejść od bieli, chciała go zaskoczyć, szczególnie gdy wspomniał o tym, że co roku wyglądała tak samo. Nie znosiła monotonii, a jeśli Ambroise nie widział różnicy, to pewnie nikt inny też.
- Nie, to nie była ta sama sukienka. - Dodała jeszcze, aby wyjaśnić mu to raz, a dobrze. Coś chyba robiła nie tak, skoro ciągle tak twierdził.
- Nie, do biżuterii przywiązuję się nieco bardziej, niż do sukienek. - Nie należała do osób, które może miały jej hurtowe ilości, ale większość tych rzeczy miała dla niej jakieś sentymentalne znaczenie, dlatego lubiła je ubierać. Może zdarzało się to rzadko - właściwie to tylko i wyłącznie podczas tych oficjalnych przyjęć, czy sabatów, to sprawiało jej przyjemność przypominanie sobie momentów związanych z kupnem bizuterii.
Raczej nie obwieszała się jak choinka, bo szkoda jej było tych małych skarbów, które dostała, czy przywiozła sobie z różnych zakątków świata, na co dzień więc w ogóle po nie nie sięgała, z racji na to, że większość czasu plątała, a czasem tarzała się po lasach.