Cornelius siedział na fotelu, jego umysł wciąż nie mógł ogarnąć tego, co się wydarzyło. W gniewie, frustracji, pod wpływem alkoholu, przekroczył granice, do których nie powinien był się nawet zbliżać. Wprawdzie jego słowa, które wydobyły się z ust, nie były zaplanowane, ale teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło, czuł się parszywie. W końcu to Ambroise był tym, kto miał prawo mówić o swoich demonach, nie on, a on nie miał prawa go do tego pchać. Kiedy Ambroise, pełen gniewu, wyrzucił z siebie te zimne słowa, Corio poczuł, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Tylko kilka chwil wcześniej, w szale emocji, nie myślał o konsekwencjach. W gniewie, pod wpływem impulsu i alkoholu, mężczyzna wydał zalążek sekretu, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Wypił za dużo, nie myślał, czuł się zlekceważony, a jego przyjaciel, cholerny Ambroise, w końcu pękł, ujawniając sekret, który powinien pozostać w ich zamkniętym kręgu, i to wszystko przez niego.
Milczał przez chwilę, a w jego myślach krążyły obrazy. Cztery minuty, tylko cztery minuty, Ambroise był martwy przez cztery minuty. Cztery minuty, tylko cztery minuty, to była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie mógł sobie wyobrazić po śmierci Amandy. Ambroise był martwy cztery minuty i co z tego, że w końcu się otrząsnął? To właśnie te cztery minuty, które Corio spędził w poczuciu bezsilności, były najgorsze, a teraz wyciągnął to na wierzch, rzucił słowa, które mogły zranić nie tylko Ambroise’a, ale i Geraldine, i jego też.
- Przepraszam, Ambroise. - Powiedział, ale jego przyjaciel już wychodził, ignorując jego słowa. Zostali sami, we dwoje, milcząc.
Corio zignorował dalszą część wypowiedzi przyjaciółki, usłyszał je, ale nie chciał czynić dalszych wyrzutów wobec kobiety, nie po tym, co się stało. Siedział sam z Geraldine, jej obecność była dla niego niczym ciężar, zaskoczone, winne spojrzenie, które posyłał jej w milczeniu, mówiło więcej niż tysiąc słów. Nienawidził siebie za to, co się stało, za to, że w gniewie zdradził przyjaciela, zranił przyjaciółkę, a teraz musiał zmierzyć się z konsekwencjami. W powietrzu zawisła cisza, ciężka i duszna. Potem, po minucie bądź dwóch, bądź pięciu, z ust Corneliusa padły słowa, wypowiedział je, czując ciężar każdej sylaby.
- Czy do ciebie też powiedziałem coś nie tak? - Patrzył na kobietę, próbując zrozumieć, czemu podwinęła nogi na kanapę, jakby chciała się schować, reagując na wspomnienie Ministerstwa i śledztwa. W jego myślach wciąż krążyły obrazy, wspomnienia i emocje, które nie chciały go opuścić. Nagle dotarło do niego, o kim mówił, o Cainie, o człowieku, który był martwy. Zdał sobie sprawę, że wspomniał o Cainie, o kimś, kto już nie żył, ale musiał mieć jakichś bliskich, przyjaciół, znajomych, reakcja Yaxley zaczęła nabierać sensu. Jego serce zabiło mocniej, gdy nagle poczuł ciężar tej refleksji. Spojrzał na Geraldine, a w jego oczach pojawiło się pytanie, które musiał zadać. Zmroziło go to.
- Czy ty… Czy ty znałaś Caina? - Zapytał, odwracając wzrok w stronę butelki whisky na barku. Potrzebował czegoś, co złagodziłoby ten niepokój w jego sercu. Zbyt wiele niewłaściwych słów, zbyt wiele ran, zbyt wiele tajemnic, sięgnął po butelkę, lewitując ją różdżką, i zanim zdążył się zastanowić, wypił kilka łyków prosto z szyjki. Alkohol spłynął mu w przełyku, przynosząc chwilowe ukojenie, ale wciąż czuł, jak złość i smutek walczą w jego sercu.
- Cztery minuty. - Wymamrotał nagle, jego myśli znów wróciły do dramatycznych wydarzeń, słowa wypłynęły z jego ust jak echo, nie wymagające dalszych wyjaśnień. Milczenie znów wypełniło pokój, a on wciąż czuł ciężar, który przygniatał jego serce. Zaczął myśleć o Ambroisie, o tych czterech minutach, w których jego przyjaciel był martwy, o tym, co to znaczyło, kiedy nie było nadziei. Potem znów spojrzał na Geraldine. - Ambroise cię kocha… Wiesz o tym? - Z jego ust popłynęły te słowa, które tak jakby były jedynym sposobem, by pozbyć się ciężaru, który go przygniatał. - On cię kocha, a to, co się stało, to dużo bardziej skomplikowana sprawa. Nie spierdolił od ciebie, jak jego matka od nich, to było dużo bardziej zagmatwane, ale nie chciałem wyciągać tego teraz, doprowadzić do konfrontacji, ani tym bardziej za nic was obwiniać, ani ciebie, ani jego. Przepraszam, że to wszystko się tak potoczyło. - Czuł ciężar tych słów, ich dramatyzm, ale także ich prawdziwość. Czasami ludzka natura była skomplikowana, a Cornelius czuł, że właśnie w tym momencie przekroczył granice, których nie powinien był przekraczać, ale teraz nie było odwrotu. Mógł tylko iść naprzód, szukając sposobów na naprawienie tego, co zostało zniszczone, w jego sercu narosła fala wyrzutów sumienia. Przez chwilę błądził wzrokiem po podłodze, zanim znów spojrzał na Geraldine. - Powinnaś odpuścić, ja odpuściłem i wybaczyłem, a wiesz, co przez niego przeszedłem. On naprawdę jest dobrym człowiekiem, tylko… Tylko czasem nie potrafi sobie poradzić, wszyscy nie umiemy, ewidentnie. Nie chciałem wyciągać tego tematu, ani tematu Caina. Chciałem pomóc. Po prostu… Po prostu czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie w taki sposób… Przepraszam, Geraldine. Przepraszam za to, co się stało. Pomogę, oczywiście, z Astarothem, Ministerstwem, wszystkim.