30.01.2025, 00:41 ✶
Przyciskał się do tego drewna, jakby to ono miało go objąć, ale niespodzianka - czuł jedynie jego nacisk na nagie ciało, dokładnie w tym miejscu, którym na nie napierał. Przynosiło mu to jakiś spokój, ale oczywiście, że nie czuł się dobrze. Cały czas wyobrażał sobie co by zrobił w tej sytuacji Crow, docierając do absurdalnego poziomu depersonalizacji. Crow (czyli zupełnie nie on) uderzałby teraz w to drewno głową. Zrobienie sobie krzywdy byłoby właściwie idealną karą, jaką zechciałby wymierzyć komuś, kto nie realizował jego podstawowych potrzeb. Ale tak delikatnie stuknął tym łbem. Raz, drugi. To nawet nie próbowało udawać, że przyniosłoby jakieś ukojenie. Pojawiały się emocje, ale nie przytłaczały go. Nie potrzebował rozganiać niczego fizycznym bólem ani robieniem scen. Zamiast tego pogrążał się w coraz głębszej i cichszej melancholii.
Im dłużej przyglądał się kolorom, tym bardziej uświadamiał sobie, że nie przynosiły mu szczęścia. Było niby wiele rzeczy, jakie chciałby zobaczyć - bo wszyscy o nich mówili. Zachód słońca nad morzem. Jak kwiaty kwitły na wiosnę. Camden Town podczas letniego festiwalu. Bezchmurne, wiosenne niebo. Oh, wszyscy zawsze mówili, że ptaki mają piękne kolory, ale teraz nie widział tu żadnego ptaka innego niż pospolity, bardzo szary w tej kolorowej rzeczywistości wróbel. Był tak samo brzydki jak z zepsutymi oczami. No ale obejrzy je wszystkie i co? Jakieś to wszystko było takie bez sensu. Położyłby się do łóżka i poleżał. Tak z kilka minut, godzin, dni, tygodni, może wieczność. Nic przecież nie krzyczało w nim, żeby wstał. Generalnie nic w nim nie krzyczało. Nie było żadnej muzyki. Zamiast tego czuł się taki beznadziejnie pusty. I wiedział, w jaki sposób tę pustkę załatać.
Podciągnął te wychudzone nogi, objął je rękoma i czekał, aż wreszcie się doczekał. Dostał uwagę. Przyglądał mu się teraz uważnie - analizował wyraz jego twarzy, ten kwiat co teraz uderzał go intensywnością koloru, chociaż miał wrażenie, że Laurent wybrał jeden z bledszych okazów jeżeli chodziło o ten ogród. Przyjął go. Dołożył go do kwiatka, którego dostał wcześniej, tego co go teraz wzbraniał przed uczuciem zimna. Minę miał, jakby się wciąż dąsał, bo go to wspominanie o szantażu emocjonalnym ubodło w dumę. Żaden o był szantaż, tylko stwierdzanie faktów. Dokonał wyboru, a dokonanie wyboru wiązało się z tym, że nie mógł cofnąć się do tyłu. Jeżeli tam dalej nie było ziemi, to spadnie. Spadnie i się zabije. Nie chciał już być ani kochankiem pani Podziemi, ani współlokatorem wodza bandy szaleńców, a to ile dni potrafił ignorować go Bletchley przekraczało ludzkie pojęcie. Chciał mieć jego. Więc sięgnął jego. Odłożył kwiaty na bok, żeby go do siebie przyciągnąć tymi drżącymi rękoma i nachalnie przylgnąć do niego tak, żeby mógł oprzeć swoją brodę na blond czuprynie. Twarz wcisnął w jego klatkę piersiową i tak trwał. Ta pozycja była o wiele bardziej realna od jakiegokolwiek prezentu, jaki można mu było przynieść. Bo nawet jeżeli tak wiele się zmieniło, nawet jeżeli patrząc na niego, czuł się jakby doglądał własnego odbicia w lustrze, to co z tego - nie dziwactwo, a brak wiary i bliskości rujnował jego poczucie bezpieczeństwa. Chciał być przytulony. Był w tym desperacki i nachalny. Owinął się sam jego rękoma, a później własną dłoń na ślepo (bo nie wyciągnął głowy spod jego brody) podniósł do góry i zasłonił mu usta. Na kilka znaczących sekund - na te krótkie nie gadaj już nic, błagam. O żadnej kurwa Florence. O żadnym szantażu.
Puścił go, ale sam jeszcze nic nie mówił. Nie wiedział, jak wymazać tę kłótnię z kart historii ich relacji. Udawanie, że nic się nie stało... wydawało się najbardziej oczywiste. Zakop, zignoruj, zapomnij.
- Jest rzecz, o której ci nigdy nie powiedziałem - zaczął, ale szybko odkrył, że posiadanie ciała niebuchającego emocjami wcale nie oznaczało kontroli nad głosem. Złamał mu się. - Bo mnie życie nauczyło, że się o niektórych rzeczach nie mówi, jak chce się przeżyć i chronić innych, a to pozwoli cię łatwo zabić. - Zacisnął palce na skórze jego uda, ale ten zacisk... no nie był najsilniejszy na świecie. - Urodziłem się chory i moje oczy są niekompletne. - Może dlatego mama mnie zostawiła. - Nie mają czegośtam.
Im dłużej przyglądał się kolorom, tym bardziej uświadamiał sobie, że nie przynosiły mu szczęścia. Było niby wiele rzeczy, jakie chciałby zobaczyć - bo wszyscy o nich mówili. Zachód słońca nad morzem. Jak kwiaty kwitły na wiosnę. Camden Town podczas letniego festiwalu. Bezchmurne, wiosenne niebo. Oh, wszyscy zawsze mówili, że ptaki mają piękne kolory, ale teraz nie widział tu żadnego ptaka innego niż pospolity, bardzo szary w tej kolorowej rzeczywistości wróbel. Był tak samo brzydki jak z zepsutymi oczami. No ale obejrzy je wszystkie i co? Jakieś to wszystko było takie bez sensu. Położyłby się do łóżka i poleżał. Tak z kilka minut, godzin, dni, tygodni, może wieczność. Nic przecież nie krzyczało w nim, żeby wstał. Generalnie nic w nim nie krzyczało. Nie było żadnej muzyki. Zamiast tego czuł się taki beznadziejnie pusty. I wiedział, w jaki sposób tę pustkę załatać.
Podciągnął te wychudzone nogi, objął je rękoma i czekał, aż wreszcie się doczekał. Dostał uwagę. Przyglądał mu się teraz uważnie - analizował wyraz jego twarzy, ten kwiat co teraz uderzał go intensywnością koloru, chociaż miał wrażenie, że Laurent wybrał jeden z bledszych okazów jeżeli chodziło o ten ogród. Przyjął go. Dołożył go do kwiatka, którego dostał wcześniej, tego co go teraz wzbraniał przed uczuciem zimna. Minę miał, jakby się wciąż dąsał, bo go to wspominanie o szantażu emocjonalnym ubodło w dumę. Żaden o był szantaż, tylko stwierdzanie faktów. Dokonał wyboru, a dokonanie wyboru wiązało się z tym, że nie mógł cofnąć się do tyłu. Jeżeli tam dalej nie było ziemi, to spadnie. Spadnie i się zabije. Nie chciał już być ani kochankiem pani Podziemi, ani współlokatorem wodza bandy szaleńców, a to ile dni potrafił ignorować go Bletchley przekraczało ludzkie pojęcie. Chciał mieć jego. Więc sięgnął jego. Odłożył kwiaty na bok, żeby go do siebie przyciągnąć tymi drżącymi rękoma i nachalnie przylgnąć do niego tak, żeby mógł oprzeć swoją brodę na blond czuprynie. Twarz wcisnął w jego klatkę piersiową i tak trwał. Ta pozycja była o wiele bardziej realna od jakiegokolwiek prezentu, jaki można mu było przynieść. Bo nawet jeżeli tak wiele się zmieniło, nawet jeżeli patrząc na niego, czuł się jakby doglądał własnego odbicia w lustrze, to co z tego - nie dziwactwo, a brak wiary i bliskości rujnował jego poczucie bezpieczeństwa. Chciał być przytulony. Był w tym desperacki i nachalny. Owinął się sam jego rękoma, a później własną dłoń na ślepo (bo nie wyciągnął głowy spod jego brody) podniósł do góry i zasłonił mu usta. Na kilka znaczących sekund - na te krótkie nie gadaj już nic, błagam. O żadnej kurwa Florence. O żadnym szantażu.
Puścił go, ale sam jeszcze nic nie mówił. Nie wiedział, jak wymazać tę kłótnię z kart historii ich relacji. Udawanie, że nic się nie stało... wydawało się najbardziej oczywiste. Zakop, zignoruj, zapomnij.
- Jest rzecz, o której ci nigdy nie powiedziałem - zaczął, ale szybko odkrył, że posiadanie ciała niebuchającego emocjami wcale nie oznaczało kontroli nad głosem. Złamał mu się. - Bo mnie życie nauczyło, że się o niektórych rzeczach nie mówi, jak chce się przeżyć i chronić innych, a to pozwoli cię łatwo zabić. - Zacisnął palce na skórze jego uda, ale ten zacisk... no nie był najsilniejszy na świecie. - Urodziłem się chory i moje oczy są niekompletne. - Może dlatego mama mnie zostawiła. - Nie mają czegośtam.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.