30.01.2025, 11:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2025, 23:01 przez Millie Moody.)
Mildþryþ Moody była ucieleśnieniem tego, czym Louvian gardził. Była kobietą. Była policjantką. Była półkrwistą wiedźmą zeszmaconą z dwóch rodów pozostawiających sporo do życzenia, jeśli chodzi o jakiekolwiek poszanowanie eugeniki czarodziejskiej. Była chaotyczna. Była słaba. Była połamana. Była żałosna. Ale tak jak przy pierwszym spotkaniu czernią jego krwi oznaczyła go runą w dziwacznym akcie posiadania, tak teraz nosił ją zawsze przy sobie, w skrytym przed światem tatuażu, znakowaniu, jak bydle z prywatnej hodowli.
Świt. Równowaga. Światło. Szczęście. Zakończenie nocy, początek dnia. Zakpiła z niego wtedy, zakpiła z nich razem, gdy wszystko czym byli we dwoje stawało zawsze w oksymoronicznym blasku znaczenia tego znaku. Ciemne, plugawe fantazje, nieustanne przekraczanie granic i siła, siła którą czuła zawsze przy nim, gdy szorowała jego wymuskaną twarzą podłogę.
Nie inaczej było teraz.
Nie była w stanie powiedzieć, jak to się działo, że ten konkretny mężczyzna działał na nią w ten konkretny sposób. Uruchamiał wszystkie najciemniejsze instynkty, wydobywał zamiast blasku dnia, lśniące ostrze nocy. Jej śmiech połaskotał uszy Louviana, zamiast oklasków za przedstawienie, które jej zaproponował. Przesunął ją kawałek, złapał za ramię w żałosnym przekonaniu, że kilka ciuchów stanęłoby jej jakkolwiek na przeszkodzie. Miles może i była po śpiączce wciąż nieco osłabiona, ale całe jebane życie będąc konusem uczyła się walczyć z dużo większymi przeciwnikami. Element zaskoczenia był kluczowy.
Odwinęła się zwinnie, a tak jak jego stopa niby przypadkiem ją nadeptnęła, tak jej obcas absolutnie celowo zagłębił się w skórzanej powierzchni buta, rujnując go bezwzględnie. Ciche trzaśnięcie szwu na sukience pogłębiło znacząco rozcięcie, które wcześniej nieznacznie odsłaniało przestrzenie nad kolanem, teraz zaś odsłaniając całe udo i kawałek biodra, kiedy druga noga powędrowała w górę, a dziewczę osadziło swoje kolano na jego drogocennych klejnocikach. Długie paznokcie (bogowie jedni wiedzieli jak bardzo ich nienawidziła i ten LILA KURWA FIOLET ZE ZŁOTYMI DROBINKAMI JA PIERDOLE KURWA) wbiły się w szyję, zwłaszcza kciuk tuż pod aortą, tak że miała bezpośredni dostęp do jego słodkiego pulsu. Za wolno. Serduszko Louviana biło wciąż za wolno. Poprawiła więc pozycję kolana rozjeżdżając go trochę, pobudzając rozleniwionego do pracy.
Tuż obok. Wejścia. Do. Ministerstwa.
– Nie przypominam sobie, żebyś maczał w tym palce mój farbowany kurczaczku. Mam nadzieję, że Twoja skóra nie zamierza mi różowym podkładem pobrudzić mankietów? – Złociste oczy utkwione były w jego twarzy, a ciało tak łatwo w padało w odpowiednią rolę. Miała wrażenie, że tylko krok dzielił ich od tego, by zbrukać wszystko, zapomnieć o wszystkim, by wziął ją tutaj opartą o brudną ścianę jakby nie widzieli się kilka lat, a nie miesięcy. Nagle idea paznokci zaczęła jej się podobać pazurów, które pomogą dostać się jej do czarnego narkotyku, produkowanego mimochodem przez kochanka. Nagle idea wsunięcia palców w usta po same gardło, by wypluł z siebie uprzejme przeprosiny i był dobrym chłopcem przemknęła przez umysł. Nagle wszystkie koszmary czające się w rogu pierzchały, bo to ona stawała się senną marą, duszną, zaborczą i głodną jego cierpienia okraszonego jękami błagania o więcej.
Wrażenie było oszałamiające.
Trudno byłoby nie powiedzieć, że się za tym dupkiem stęskniła, skoro złośliwy uśmiech wypłynął na szczupłą twarz o ostrych jak brzytwa rysach.
– Będziesz grzeczny, czy mam w trybie pilnym odzyskiwać odznakę, żeby zabrać Cię na dołek? Zdawało mi się, że zatęskniłeś za moimi technikami przesłuchań.
Świt. Równowaga. Światło. Szczęście. Zakończenie nocy, początek dnia. Zakpiła z niego wtedy, zakpiła z nich razem, gdy wszystko czym byli we dwoje stawało zawsze w oksymoronicznym blasku znaczenia tego znaku. Ciemne, plugawe fantazje, nieustanne przekraczanie granic i siła, siła którą czuła zawsze przy nim, gdy szorowała jego wymuskaną twarzą podłogę.
Nie inaczej było teraz.
Nie była w stanie powiedzieć, jak to się działo, że ten konkretny mężczyzna działał na nią w ten konkretny sposób. Uruchamiał wszystkie najciemniejsze instynkty, wydobywał zamiast blasku dnia, lśniące ostrze nocy. Jej śmiech połaskotał uszy Louviana, zamiast oklasków za przedstawienie, które jej zaproponował. Przesunął ją kawałek, złapał za ramię w żałosnym przekonaniu, że kilka ciuchów stanęłoby jej jakkolwiek na przeszkodzie. Miles może i była po śpiączce wciąż nieco osłabiona, ale całe jebane życie będąc konusem uczyła się walczyć z dużo większymi przeciwnikami. Element zaskoczenia był kluczowy.
Odwinęła się zwinnie, a tak jak jego stopa niby przypadkiem ją nadeptnęła, tak jej obcas absolutnie celowo zagłębił się w skórzanej powierzchni buta, rujnując go bezwzględnie. Ciche trzaśnięcie szwu na sukience pogłębiło znacząco rozcięcie, które wcześniej nieznacznie odsłaniało przestrzenie nad kolanem, teraz zaś odsłaniając całe udo i kawałek biodra, kiedy druga noga powędrowała w górę, a dziewczę osadziło swoje kolano na jego drogocennych klejnocikach. Długie paznokcie (bogowie jedni wiedzieli jak bardzo ich nienawidziła i ten LILA KURWA FIOLET ZE ZŁOTYMI DROBINKAMI JA PIERDOLE KURWA) wbiły się w szyję, zwłaszcza kciuk tuż pod aortą, tak że miała bezpośredni dostęp do jego słodkiego pulsu. Za wolno. Serduszko Louviana biło wciąż za wolno. Poprawiła więc pozycję kolana rozjeżdżając go trochę, pobudzając rozleniwionego do pracy.
Tuż obok. Wejścia. Do. Ministerstwa.
– Nie przypominam sobie, żebyś maczał w tym palce mój farbowany kurczaczku. Mam nadzieję, że Twoja skóra nie zamierza mi różowym podkładem pobrudzić mankietów? – Złociste oczy utkwione były w jego twarzy, a ciało tak łatwo w padało w odpowiednią rolę. Miała wrażenie, że tylko krok dzielił ich od tego, by zbrukać wszystko, zapomnieć o wszystkim, by wziął ją tutaj opartą o brudną ścianę jakby nie widzieli się kilka lat, a nie miesięcy. Nagle idea paznokci zaczęła jej się podobać pazurów, które pomogą dostać się jej do czarnego narkotyku, produkowanego mimochodem przez kochanka. Nagle idea wsunięcia palców w usta po same gardło, by wypluł z siebie uprzejme przeprosiny i był dobrym chłopcem przemknęła przez umysł. Nagle wszystkie koszmary czające się w rogu pierzchały, bo to ona stawała się senną marą, duszną, zaborczą i głodną jego cierpienia okraszonego jękami błagania o więcej.
Wrażenie było oszałamiające.
Trudno byłoby nie powiedzieć, że się za tym dupkiem stęskniła, skoro złośliwy uśmiech wypłynął na szczupłą twarz o ostrych jak brzytwa rysach.
– Będziesz grzeczny, czy mam w trybie pilnym odzyskiwać odznakę, żeby zabrać Cię na dołek? Zdawało mi się, że zatęskniłeś za moimi technikami przesłuchań.
Zawada: Porywczy