30.01.2025, 13:27 ✶
Poprosiła Tristana, żeby z nią przyszedł pod Munga, ale jej chłopak musiał poczekać. Olivia nie wiedziała, jak będzie wyglądać takie badanie i nie chciała też, by widział to, czego nie powinien. Nie chodziło tylko o cielesność, ale przede wszystkim o psyche. Nie powiedziała mu wszystkiego o sobie - bała się, że będzie miał ją za kogoś gorszego. I chociaż zapewniał, że ją kocha, że jej nigdy nie zostawi: to jednak stwierdziła, że to by było za dużo dla niego. Wiedział, z jakim ciężarem żyła przez te kilka lat i na ten moment to musiało im wystarczyć. Sam zaoferował, że przyjdzie tu z nią, ale nie pozwoliła mu wejść za nią do budynku szpitala. Uszanował to i była mu niezwykle wdzięczna za to, że respektował jej granice. Sama chciała mu przedstawić dobre nowiny... Lub mniej dobre. Zależy, co wyjdzie na tej wizycie. I chociaż nadal się bardzo bała odpowiedzi na postawione przez nią pytanie, to przynajmniej miała już pewność: Tristan jej nie zostawi choćby nie wiadomo co.
Gdy pukała do gabinetu Prewetta, na moment wstrzymała oddech. Nie wiedziała w zasadzie kogo się spodziewać - może to był jakiś stary, obleśny dziad? A może młody szczyl, który dopiero co opuścił Hogwart? Nie, to drugie chyba nie było możliwe, przecież w Mungu mieli swoje staże i inne, tak przynajmniej słyszała. Nie zdążyła się zastanowić, kogo powinna się spodziewać, więc gdy przeszła przez drzwi i zobaczyła Basiliusa, drgnęła. Był taki... Normalny. Nie za stary, nie za młody, z uprzejmą twarzą i bez creepnego uśmiechu na twarzy.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się, chociaż trochę nerwowo. Niby nie powinna się denerwować, bo przecież cokolwiek się nie stanie, Tristan będzie z nią do końca życia. Ale jednak tyle lat się denerwowała tym jednym problemem, że nie była pewna, czy potrafi już żyć bez niego. Ale dzielnie się trzymała - była trochę blada, ale nie trzęsła się. Nie wyglądała, jakby miała zamiar się rozpłakać. Podeszła do krzesła, które jej wskazał, i usiadła: ona też wyglądała rozkosznie zwyczajnie. Inaczej od pacjentów, którzy przychodzili z nieuleczalnymi klątwami czy chorobami, od których zależało ich życie. Ona go niestety nie kojarzyła: w szkole nie skupiała się na starszych kolegach, bo była zbyt nimi onieśmielona. Wtedy jeszcze uciekała od każdego większego nazwiska, trzymając się w zasadzie z niższymi rocznikami, bo były dla niej łagodniejsze. Ale gdy mu się przyglądała, to widziała podobieństwo do Prewettów. Uśmiechnęła się nieco szerzej.- Całkiem... Dobrze, dziękuję.
Odpowiedziała z pewnym zawahaniem w głosie. Czy powinna wypalić, że przyjaźni się z jego kuzynem, czy może zostanie to odebrane jako wymuszenie diagnozy? Nieczęsto chodziła do lekarzy, nie wiedziała więc co wypada, a co nie. Zacisnęła dłonie na torebce.
- Chyba dobrze. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać. Millie nie dałaby mi żyć, gdybym się nie odezwała - mocno przesadziła, ale uznała że Moody nie będzie miała jej za złe, że rzuci taką hiperbolą. Zwłaszcza że sama kazała jej sprawdzić co i jak.