Ach, progresywność czasów czarodziei! To, jak młodzi na niego wpływali, a starsi patrzyli z niesmakiem! Choć niektórzy na to zezwalali. Jakby... sami mieli dość. Coraz więcej przestrzeni robiło się na wielu płaszczyznach dla ich pokolenia, a to był powód do szczęścia. Oznaczało tyle, że wolność może przestanie być tylko snem. Nawet jeśli rozumiał, dlaczego czystokrwiste rody tak dbały o swoje drzewo genealogiczne. Dla niektórych - to było wszystko, co mieli. Ich duma. Cała męskość i kobiecość wyszyta na gobelinach. Inni nie dbali o poprawności polityczne i pokazywanie się. Wiedzieli za to, że rozrzedzona krew może dopuścić do upadku czarodziejskiego świata. I tak jak niektóre artykuły były przesadnie rygorystyczne i przedstawiały opinie zeszłego wieku, który Brenna wyciągnęła, tak w niektórych zdaniach drzemało ziarno prawy. Istotne było to, że Laurent się uśmiechnął na nowo, spoglądają na Longbottom z takim figlarnym błyskiem w oku. Oto bunt młodzieży. Wcale już aż tacy młodzi nie byli.
- Och, to prawda. - Pokiwał głową, otwierając nieco szerzej oczy. Prawie jakby miał zaraz nimi przewrócić... ale to się nie stało. Zamiast tego uśmiechnął się z sympatią. Bo kiedy myślał o swojej rodzinie to robiło mu się cieplej na sercu. Nawet jeśli jej większość tak naprawdę wcale za nim nie przepadała. Kiedy to tak wyliczyła... to aż się zarumienił. Brzmiało to głupio. Nie jej wyliczanka - to, co powiedział, brzmiało wobec tego głupio. Tylko dlaczego, mimo tej ewidentnej głupoty, jakoś nie dostrzegał tego, że można było o nim powiedzieć utalentowany? - To prowadzenie rezerwatu to przesada, zatrudniam ludzi, którym zatrudniam ludzi... - Burknął trochę pod nosem, ewidentnie zawstydzony. A Laurenta dość trudno było zawstydzić, bo w paradoksie - mimo tak niskiego mniemania o sobie, przywykł do większości komplementów. I lubił je dostawać - podnosiły mu to mniemanie, poprawiały humor... chociaż na chwilę. Niektóre - nawet na dłuższą. Tutaj mógł się zawstydzić, ale w sumie Brenna mu ten humor też poprawiła. Zresztą... poprawiła go samymi jaszczurkami. Uciekł wzrokiem w bok, czując, że jest już naprawdę czerwony na twarzy, kiedy jeszcze dodała o tym wyznaczaniu standardów. Tylko co z tego, skoro to ciągle było za mało?
- Hahaha... możliwe. Niby jest wyszkolony, reaguje na komendy, ale czasem mam wrażenie, że potrafi być w nich wybiórczy. - Jego słuchał zawsze. Ale innych? To wrażenie wynikało z tego, że czasem kiedy nawet Alexander, do którego był tak przyzwyczajony, wydawał mu komendę, to albo go ignorował, albo podnosił łeb i patrzył na niego z takim... politowaniem. Tak przynajmniej odbierał to Laurent. - Dziękuję raz jeszcze. Naprawdę sprawiłaś mi ogromną przyjemność. Dawno nie zajmowałem się tematem badania zwierząt czy magicznych stworzeń... a ty dałaś mi do tego piękny pretekst. - Ostatnim razem... parę dobrych miesięcy temu. Jeszcze nim lato się w zasadzie zaczęło? Dawno temu... - Więc... co właściwie u ciebie słychać? - Założył nogę na nogę i obrócił się do niej, sięgając w końcu po swoją herbatę.
Spędził tutaj chwilę czasu, z przyjemnością chłonąc tę pogawędkę, możliwość porozmawiania z Brenną. Tak naprawdę - o niczym konkretnym. O ostatnich wydarzeniach, o tym, że ostatnio słyszał, że ich Ministra Magii jest oskarżana o bycie mugolem, albo o tym, że jakaś szajka dzieciaków biega po Pokątnej i okradają ludzi. O tym, że poltergeist zrobił mu numer niedawno i zamienił jego ciało w kobiece na 24 godziny i o tym, że ponoć nasz los zapisuje się w gwiazdach wraz z momentem, kiedy się rodzimy... a może i nawet przed.
Takie słodkie chwile dawały siłę do tego, by trwać dalej.