30.01.2025, 22:59 ✶
- A czym to się różni kiedy to wymuszasz?
Tak sobie pójdę „podoświadczać” konkretnych, ustalonych rzeczy... Niczym się to nie różniło. I wcale nie wydawało mu się atrakcyjne. Było jak ludzie wmuszający w niego różne jedzenie żeby sobie popróbował, czy jakaś tekstura mu nie podejdzie. Kiedy ktoś zabierał cię do restauracji i pozwalał ci wybrać - spoko, ale kiedy przygotowali się specjalnie, jakoś go to odrzucało. Nauka podobała mu się tylko wtedy, kiedy była jego decyzją. Jego wyborem.
W ten sposób nawet będąc człowiekiem wyjątkowo zdolnym, udało mu się zawęzić obszary, w których te zdolności eksponował. I nie stały za tym żadne niedostatki (no może poza ograniczoną percepcją), to była zwyczajnie upartość. Z jednej strony potrafiłby pomyśleć, że za dobrego loda zrobiłby dla Laurenta wszystko, a z drugiej - co całkiem pasowało do tego jak żył i funkcjonował - on nie czuł się częścią tego „wszystkiego”. Znajdował się poza wykresem. Jego imię dopisano małym druczkiem gdzieś w oddali.
- Nie wiem - powtórzył. - Wiem za to, że to powinno być moim wyborem. - I chciał mieć przestrzeń do mówienia ludziom „nie”. Wcale nie podobały mu się takie niespodzianki jak ostatnia, nawet jeżeli bardzo tego potrzebował i powinien być wdzięczny za praktycznie bezinteresowną troskę.
Po zmienieniu przez Laurenta pozycji, znów przylgnął do niego mocniej, szczelniej. Oplótł go rękoma i tak już sobie trwał. Wyglądał na spokojniejszego niż wcześniej, ale i tak wpakował sobie palce do ust. Nie obgryzał już paznokci, tylko je przygryzał, próbując jakoś zdusić potrzebę palenia, ale to nie było proste, bo ten taras kojarzył mu się z paleniem właśnie. Zawsze przychodził tu albo żeby dać Laurentowi buzi kiedy ten ten wypełniał dokumenty, albo żeby mu tu nakopcić.
- Miałeś iść dzisiaj w jakieś tam miejsca - przypomniał mu, badając palcami powierzchnię jego boku. Jakie to było cholernie dziwne, że już zaczął się do tego przyzwyczajać. Do tego zupełnie innego spojrzenia na świat i widzenia obok swojego klona. - Nie pójdę tam za ciebie - uprzedził go od razu, ale też nie sądził aby miał pojawić się w tym temacie jakiś protest. Przecież Laurent nie chciałby dla siebie ośmieszenia. - Mam poszukać kogoś, kto to odkręci? - Tego wbrew pozorom nie chciał on. Być może stało się tak bo jakiś upierdliwy duch zasiał swój terror, ale dostał dokładnie to czego oczekiwał. Dzień z Laurentem, może nawet kilka dni, o ile ten nie ucieknie i nie zostawi go na dzień spacerowania po plaży i kontemplacji nad własnym istnieniem.
Tak sobie pójdę „podoświadczać” konkretnych, ustalonych rzeczy... Niczym się to nie różniło. I wcale nie wydawało mu się atrakcyjne. Było jak ludzie wmuszający w niego różne jedzenie żeby sobie popróbował, czy jakaś tekstura mu nie podejdzie. Kiedy ktoś zabierał cię do restauracji i pozwalał ci wybrać - spoko, ale kiedy przygotowali się specjalnie, jakoś go to odrzucało. Nauka podobała mu się tylko wtedy, kiedy była jego decyzją. Jego wyborem.
W ten sposób nawet będąc człowiekiem wyjątkowo zdolnym, udało mu się zawęzić obszary, w których te zdolności eksponował. I nie stały za tym żadne niedostatki (no może poza ograniczoną percepcją), to była zwyczajnie upartość. Z jednej strony potrafiłby pomyśleć, że za dobrego loda zrobiłby dla Laurenta wszystko, a z drugiej - co całkiem pasowało do tego jak żył i funkcjonował - on nie czuł się częścią tego „wszystkiego”. Znajdował się poza wykresem. Jego imię dopisano małym druczkiem gdzieś w oddali.
- Nie wiem - powtórzył. - Wiem za to, że to powinno być moim wyborem. - I chciał mieć przestrzeń do mówienia ludziom „nie”. Wcale nie podobały mu się takie niespodzianki jak ostatnia, nawet jeżeli bardzo tego potrzebował i powinien być wdzięczny za praktycznie bezinteresowną troskę.
Po zmienieniu przez Laurenta pozycji, znów przylgnął do niego mocniej, szczelniej. Oplótł go rękoma i tak już sobie trwał. Wyglądał na spokojniejszego niż wcześniej, ale i tak wpakował sobie palce do ust. Nie obgryzał już paznokci, tylko je przygryzał, próbując jakoś zdusić potrzebę palenia, ale to nie było proste, bo ten taras kojarzył mu się z paleniem właśnie. Zawsze przychodził tu albo żeby dać Laurentowi buzi kiedy ten ten wypełniał dokumenty, albo żeby mu tu nakopcić.
- Miałeś iść dzisiaj w jakieś tam miejsca - przypomniał mu, badając palcami powierzchnię jego boku. Jakie to było cholernie dziwne, że już zaczął się do tego przyzwyczajać. Do tego zupełnie innego spojrzenia na świat i widzenia obok swojego klona. - Nie pójdę tam za ciebie - uprzedził go od razu, ale też nie sądził aby miał pojawić się w tym temacie jakiś protest. Przecież Laurent nie chciałby dla siebie ośmieszenia. - Mam poszukać kogoś, kto to odkręci? - Tego wbrew pozorom nie chciał on. Być może stało się tak bo jakiś upierdliwy duch zasiał swój terror, ale dostał dokładnie to czego oczekiwał. Dzień z Laurentem, może nawet kilka dni, o ile ten nie ucieknie i nie zostawi go na dzień spacerowania po plaży i kontemplacji nad własnym istnieniem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.