- Nigdy się nie zmieniają i na pewno nigdy się nie zmienią. - To była jedna z takich rzeczy. Niechęć Yaxleyówny do szpitali była niepodważalna. Omijała je szerokim łukiem, tak właściwie od dawna. Nie ufała tym miejscom, obawiała się ich, wzbudzały w niej raczej nieprzyjemne uczucia. Co było całkiem zabawne zważając na to, że w jej życiu nie brakowało uzdrowicieli, sporo znajomych Yaxleyówny zajmowało się leczeniem urazów, co było dla niej całkiem wygodne - dzięki temu mogła unikać szpitali. Ostatnio korzystała głównie z pomocy Florence, bo ona mieszkała po sąsiedzku, więc Geraldine mogła korzystać z jej usług od ręki. W przypadku zawodu, który wykonywała było to dość istotne, całkiem często przytrafiały się jej bowiem różne urazy, oczywiście przypadkowo, tak to już bywało w jej profesji. Mało co było ją jednak w stanie skłonić do tego, aby znalazła się w szpitalu.
Miała więc wyjątkowe szczęście, że to właśnie w tamtym miejscu poznała Ambroisa. Pamiętała ten wieczór, gdy znalazła się w Mungu ze swoim kuzynem, spodziewała się, że skończy się on dość nieprzyjemnie, bo nie miała problemu z tym, aby pokazywać swoją niechęć co do instytucji w której się znaleźli, ale oswoił ją wtedy pewien uzdrowiciel. Nie miała jeszcze tamtego dnia pojęcia o tym, że ich drogi splotą się na dłużej, że to był początek czegoś pięknego i niesamowitego. Życie lubiło płatać takie figle, zaskakiwało w momentach, w których mogła się tego najmniej spodziewać. Do tej pory miała w szafie ten szal, który jej wtedy wręczył, złapał na wietrze, a później jej oddał. Pierwszy prezent, który od niego dostała.
- Podejrzewam, że twarde fakty mogą być nawet bardziej przekonujące. - Nie potrzebowała zresztą już żadnych argumentów, chyba o tym wiedział. Nie było już odwrotu od tego, co miał jej zademonstrować, bo przecież zbliżali się do tego momentu tylko i wyłącznie przez te drobną analizę, którą miała przeprowadzić, czyż nie?
Nie dało się zaprzeczyć temu, że nadal coś między nimi wisiało, ich ciała reagowały na siebie zupełnie odruchowo. Pragnęły swojej bliskości, potrafiły bez mniejszego zawahania odnaleźć się w sytuacji, były na to gotowe, właściwie to wszystko przychodziło im całkiem naturalnie. Nie powinno jej to dziwić. Pomimo tego półtora roku rozłąki nie zapomnieli o tym, jak im było razem dobrze. Na pewno pod względem cielesności, to była dość istotna część ich relacji, nigdy nie potrafili trzymać rąk przy sobie zbyt długo, potrafili znaleźć okazje na to, aby się do siebie zbliżyć w każdej sytuacji, w której się znaleźli, nic nie było w stanie ich zatrzymać, kiedy mieli ochotę po to sięgnąć.
Tak było i tym razem. Leżeli na tej trawie, gotowi ponownie się w sobie zatracić, nie zważając na to, że mogło to przynieść niekoniecznie mile widziane konsekwencje, padło między nimi wiele słów, sporo z nich sugerowało, że nie powinni tego robić, cóż rozsądek, rozsądkiem, a oni i tak robili to, na co mieli ochotę. Sojusz, czy przyjaźń zdecydowanie nie były im pisane, dosyć szybko zaczęli przekraczać granice, które sobie wyznaczyli i to wcale nie było zaskakujące, wiedziała, że tak się stanie. Nie umiała inaczej na niego reagować, to też nie miało się nigdy zmienić. Może faktycznie zostali przeklęci? Tyle, że dlaczego kiedyś uważali to za coś dobrego, teraz zaczęło im to przeszkadzać? Gdyby tylko zmienili narrację, to być może znowu mieliby szansę odzyskać to, co kiedyś mieli? To jednak nie było takie proste. Też już przecież o tym dyskutowali.
Nie zmieniało to jednak jej podejścia do tego, co się teraz między nimi działo. Nie potrzebowali do przekroczenia granic żadnych używek, w sumie to czuła, że znowu zaczyna się uzależniać od niego, od jego dotyku, zapachu, czy samej obecności. Byli tu ledwie trzy dni, a przywykła do tego, że jest obok, że trwa przy niej. To było niebezpieczne, odejście na pewno ją zaboli, dużo bardziej, niż zakładała na samym początku. Cóż, będzie musiała sobie z tym poradzić, te chwile zapomnienia były tego warte.
Szczególnie, gdy czuła dłonie zaciskające się na jej kolanach, usta sunące powoli po jej skórze, aż w końcu dostrzgła jego głowę znikającą pod jej sukienką. Nie była w stanie panować nad dreszczami, które przechodziły przez jej ciało, czy oddechem, który nie chciał się uspokoić, nie mogła zamilknąć, mimowolnie z jej ust mógł usłyszeć ciche, urywane dźwięki.
Dobrze jej z nim było. To było niezaprzeczalne, to też się nie zmieniło, nie sądziła, aby mogło się zmienić kiedykolwiek. Jej dłonie zaczęły sunąć dalej po jego ciele, zatrzymały się na karku, w który przypadkiem wbiła swoje paznokcie, kiedy poczuła kolejny spazm, który ogarniał jej ciało. Zagryzła dolną wargę, Roise bardzo dobrze wiedział co z nią robił, potrafił uderzyć w te najbardziej wrażliwe punkty na jej ciele, czym doprowadzał ją do białej gorączki. Nie spoglądała już na niego, nie. Przed oczami zaczęła wirować jej cała gama kolorów, mimo, że miała je zamknięte. Niby tutaj z nim trwała, ale czuła, że za chwilę zacznie unosić się nad ziemią.
Nie myślała już o tym co mieli, czego nie mieli, co mogli mieć, a po co nie udało im się sięgnąć. To nie był odpowiedni moment, aktualnie zatracała się w tej teraźniejszości, w tym dziwnym zawieszeniu, które sobie dali. Skupiała się na tym, aby zaczerpnąć z tego jak najwięcej przyjemności, tak właściwie to nie wątpiła w to, że właśnie tak się stanie, bo jej chłopak aktualnie próbował jej coś chyba udowodnić i nie zamierzała mu w tym przeszkadzać. Gotowa była pozwolić mu zupełnie na wszystko, bo przecież nie rzucała słów na wiatr, wspominała, że mógł sobie wziąć wszystko czego tylko zapragnął.