Wymuszona nauka i... co? Wymuszone doświadczenie i nauka? Zdławił gdzieś w głębi sobie warknięcie, że nie wie, żeby dał mu spokój, że nie rozumie. Wystarczyło jednak przez moment się zastanowić, żeby jednak zrozumieć. Wymuszona nauka. W końcu Flynn został zamknięty w ciele, w którym może niekoniecznie chciał się znaleźć i przyszło mu widzieć kolory, których niekoniecznie chciał się uczyć. Nie chodziło o wymuszanie na nim doświadczenia, tylko o to, że poltergeist je wymusił, więc teraz przyszło się mierzyć z rzeczywistością.
- Nie wiem, Flynn... - Napięcie wybrzmiało w jego głosie. Ale zamiast dać tej irytacji wygrać to zamknął oczy, zacisnął na moment zęby i zwinął dłonie w pięść. Głęboki wdech i wydech. Otworzył oczy. - Nauka to zdobywanie wiedzy za pomocą różnych dostępnych środków, obiektywna i niezależna. Doświadczanie jest subiektywne, odwołujące się do poznawania świata na podstawie emocjonalnych elementów. - Spróbował powiedzieć to w miarę spokojnie. Chyba nawet się udało? Słyszenie głosu Flynna będąc w JEGO ciele było też jednym z dziwacznych doznań, jeśli już o nich mowa. Nie podobał mu się ten głos. Podobało mu się to, co słyszał od zewnątrz, ale to? Był... inny. Obcy. Rozumiał niby różnicę i jej działanie, ale nadal - doświadczenie tego tak intensywne wcale mu się nie podobało. - Czemu pytasz?
Podobno z kochaniem było tak, że na dobre i na złe. COKOLWIEK by się nie działo. Piękne hasła w książkach, bo Laurent doskonale wiedział, że tak to nie wygląda. Ta sytuacja była problemem. Ostatnie, o czym myślał, to to, żeby się w nich pozadamawiać i żeby sobie porobić rzeczy zupełnie inaczej. Tak na opak! Nie podobało mu się to. A nie podobało mu się głównie dlatego, że... mogło mu się to spodobać za bardzo. I co? Przecież przyjdzie do innych ciał wrócić, tak? I nie podobało mu się, bo konieczność patrzenia na siebie była... trudna. I to był niby ten sam Flynn, a jednak... jakoś wcale nie do końca taki sam. Tak jak on wcale nie był sobą. Wszystko było dziwne, trudne, nie na swoim miejscu i coraz bardziej go to stresowało. Stresowało go to, że może zaraz więcej złych rzeczy powiedzieć, że naprawdę straci nad sobą panowanie, że stanie się coś złego. Praca. Doprawdy - niech już poczeka, albo pośle Migotka po papiery, nie ważne.
- Czemu ty znowu płaczesz? - To wcale nie zabrzmiało miło. Spojrzał na tego Flynna, który znów ryczał. I czemu? Bogowie! Co to była za tragedia! Co za tragiczny dzień! - Powiedz mi w końcu o co chodzi, bo NIE ROZUMIEM! - I gdzie on w ogóle i po co poszedł! Ooooo zgrooozoooooooo! Przeciągnął dłonią po twarzy. Chciał złapać to zdjęcie rodzinne stojące na kominku i piznąć nim w drugi kąt pokoju. Rozjebać te krzesła, które tutaj stały i przewrócić ten stół, którego nienawidzić. Chciał rozlać wszędzie olej i odpalić zapałkę. Puścić ją. Niech płonie. Niech to wszystko spłonie dokładnie tak samo, jak spłonęła tamta stajnia. Czemu nie? Nie, zdecydowanie nie chciał zostawać w tym ciele. Źle mu to robiło na głowę.
- Flynn, na Matkę... doprowadzasz mnie do szału... - Wszedł za nim do tej garderoby. Ale marzenie nie było spełnione, bo nie było żadnych zaproszeń na spacer po plaży ani niczego takiego. - Co ty na siebie ubierasz, przecież tego nie lubisz. - A może chciał to ubrać? W zasadzie to czemu on się w ogóle w to wtrącał? Skoro nie chciał skorzystać z poprzedniej propozycji, tylko... zdaniem Laurenta - to znowu urządzał swoje manipulacyjne scenki. - Tam wisi skóra. Jeśli chcesz. - Czarne, skórzane, obcisłe wdzianko. Jedyne takie w tej kolekcji. Zrobione tylko po to, by pokazać się jednemu mężczyźnie. On sam ściągnął dla siebie jakieś spodnie, które nie będą mu szurały po ziemi i wsunął się w luźną koszulę. To jest - dość luźną na Laurenta. Na Flynnie wcale taka luźna nie była.