31.01.2025, 02:24 ✶
Odłożył te skórzane ubrania na miejsce z wyraźną frustracją i bezsilnością. Nie miał pojęcia, co miał zrobić, żeby tę sytuację jakkolwiek wyklepać. Zwabił go do siebie jakimś stękaniem i przez krótki moment było naprawdę dobrze - rozmawiali przytuleni do siebie i może Laurent paplał, a on kompletnie nie potrafił nic znaczącego tam dodać, ale to się wcale aż tak nie różniło od ich normalności. Zaryzykowałby stwierdzenie, że może i lepiej by mu się mówiło bez tych wszystkich sarkastycznych docinek, padających tu i ówdzie, więc to była zmiana na plus, tak? Zawsze chciał mieć w sobie tyle delikatności, więc próbował docenić to co miał. Nie miotało nim, nigdzie się nie musiał krzątać, nie biegł nawet do tej paczki fajek porzuconej w spodniach, ani do tych niezwiniętych bletek i tytoniu schowanych w aucie. Widział kolory. Wszystko było obiektywnie lepsze - nawet ten spokój towarzyszący formułowaniu myśli - to wzbudzało w nim poczucie, że mógłby wszystko. Jeżeli kiedyś miał rozwiązać problemy milenijne to z tak czystą, pustą, świeżą głową. Widział po tym co działo się z Laurentem, do czego doprowadziłyby go podobne emocje we własnym ciele. Właśnie by napieprzał pięścią w tę balustradę, a tak to... płakał. Najwyraźniej to płakanie też było irytujące. Jemu wydawało się zwyczajnie prawdziwe. Było mu smutno i bał się, więc płakał. Nie było tam nic więcej, tylko prawda i logiczna reakcja.
- Dobrze, zostawiam to - powiedział tak spokojnie jak tylko mógł, ale opanowanie oddechu przychodziło mu z lekkim trudem. Potrafił zdusić w sobie ekspresję wskazującą na rozpacz, ale oddychanie było zdradliwe - bo brzmiał trochę, jakby się tym powietrzem dławił. I za każde takie zadławienie się powietrzem ukarał się mocnym uszczypnięciem w bok. Musiał się przecież jakoś dostosować. Musiał być do wyboru.
Nie było dalszych poleceń. Znowu miał wrażenie, że wybrał złą opcję dialogową. Usiadł na taboreciku przy toaletce i skubał skórki przy paznokciach w kompletnej ciszy, próbując znaleźć w głowie sposób na opanowanie lejących się z niego strumieniami łez. Bo te łzy też nie były chciane. Nie wiedział do końca, czego sam pragnął, oczekiwania Laurenta też wydawały mu się być kompletną enigmą. Jego - były jasne jak to słońce, co go przed chwilą oślepiło - chciał się z nim migdalić, bawić się chwilą, skoro nikt ich tutaj nie widział i żaden zjeb nie zrobi im zdjęcia z ukrycia. To było za dużo? Wyglądał na załamanego, a przecież... on wcale nie lubił sprawiać mu przykrości. I absolutnie nie chciał walczyć teraz o swoje. Niech ten strumień, który go tutaj przywiódł, zabierze wszystko, co mu dał i sprawi, żeby ten człowiek skulony na podłodze był szczęśliwy, bo on sam nie wiedział już, czy mógł wyciągać w jego kierunku ręce. Zrobił to raz i już wtedy czuł w tym jakąś taką desperację. Spojrzał w lusterko obok siebie i widząc tę spuchniętą twarz nie miał pojęcia skąd brał w sobie siłę do działania w inne dni. Ze świadomością bycia taką spierdoliną społeczną, wrzodem na dupie całego społeczeństwa, potrafił pyskować Prewettowi jakby był nikim, a chwilę później czołgać się po deskach tarasu i błagać o możliwość zostania jego psem. Wszystko dzień po tym, kiedy ten go najebanego w trzy dupy zbierał z publicznej plaży. Gdzie to było?
Gdzie to było?
Faktycznie śliczne były te oczy, ale nie było w nich nic. W oczach Laurenta widział cały świat. Teraz je niby posiadał, ale nie było w nich ani tego piękna, ani tej eteryczności, ani tej siły skrytej pod falami morskiego błękitu. Pustka człowieka pragnącego miłości, który na tę miłość nie zasługiwał. Opuścił spojrzenie i wlepił je w podłogę.
- Laurent... nie wiem, co robić. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Co powinienem robić? Mam... Co mam założyć? Gdzie mam iść? Nie chcę, żebyś na mnie krzyczał. Proszę, powiedz mi, co robię nie tak. To jest płakanie? Już nie płaczę, zobacz - i najbardziej w tym bolało go to, że brzmiał teraz dokładnie tak jak on. On mu przecież tak samo mówił, kiedy nie rozumiał, co się dzieje. Nic go tak nie rozłożyło na czynniki pierwsze jak ta scena. Zawsze wiedział, że niszczy ludziom życia i zmienia ich w chodzący chaos, ale teraz sam tego posmakował i miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Dobrze, zostawiam to - powiedział tak spokojnie jak tylko mógł, ale opanowanie oddechu przychodziło mu z lekkim trudem. Potrafił zdusić w sobie ekspresję wskazującą na rozpacz, ale oddychanie było zdradliwe - bo brzmiał trochę, jakby się tym powietrzem dławił. I za każde takie zadławienie się powietrzem ukarał się mocnym uszczypnięciem w bok. Musiał się przecież jakoś dostosować. Musiał być do wyboru.
Nie było dalszych poleceń. Znowu miał wrażenie, że wybrał złą opcję dialogową. Usiadł na taboreciku przy toaletce i skubał skórki przy paznokciach w kompletnej ciszy, próbując znaleźć w głowie sposób na opanowanie lejących się z niego strumieniami łez. Bo te łzy też nie były chciane. Nie wiedział do końca, czego sam pragnął, oczekiwania Laurenta też wydawały mu się być kompletną enigmą. Jego - były jasne jak to słońce, co go przed chwilą oślepiło - chciał się z nim migdalić, bawić się chwilą, skoro nikt ich tutaj nie widział i żaden zjeb nie zrobi im zdjęcia z ukrycia. To było za dużo? Wyglądał na załamanego, a przecież... on wcale nie lubił sprawiać mu przykrości. I absolutnie nie chciał walczyć teraz o swoje. Niech ten strumień, który go tutaj przywiódł, zabierze wszystko, co mu dał i sprawi, żeby ten człowiek skulony na podłodze był szczęśliwy, bo on sam nie wiedział już, czy mógł wyciągać w jego kierunku ręce. Zrobił to raz i już wtedy czuł w tym jakąś taką desperację. Spojrzał w lusterko obok siebie i widząc tę spuchniętą twarz nie miał pojęcia skąd brał w sobie siłę do działania w inne dni. Ze świadomością bycia taką spierdoliną społeczną, wrzodem na dupie całego społeczeństwa, potrafił pyskować Prewettowi jakby był nikim, a chwilę później czołgać się po deskach tarasu i błagać o możliwość zostania jego psem. Wszystko dzień po tym, kiedy ten go najebanego w trzy dupy zbierał z publicznej plaży. Gdzie to było?
Gdzie to było?
Faktycznie śliczne były te oczy, ale nie było w nich nic. W oczach Laurenta widział cały świat. Teraz je niby posiadał, ale nie było w nich ani tego piękna, ani tej eteryczności, ani tej siły skrytej pod falami morskiego błękitu. Pustka człowieka pragnącego miłości, który na tę miłość nie zasługiwał. Opuścił spojrzenie i wlepił je w podłogę.
- Laurent... nie wiem, co robić. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Co powinienem robić? Mam... Co mam założyć? Gdzie mam iść? Nie chcę, żebyś na mnie krzyczał. Proszę, powiedz mi, co robię nie tak. To jest płakanie? Już nie płaczę, zobacz - i najbardziej w tym bolało go to, że brzmiał teraz dokładnie tak jak on. On mu przecież tak samo mówił, kiedy nie rozumiał, co się dzieje. Nic go tak nie rozłożyło na czynniki pierwsze jak ta scena. Zawsze wiedział, że niszczy ludziom życia i zmienia ich w chodzący chaos, ale teraz sam tego posmakował i miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.