Chłodny wiatr rozwiewał jej włosy. Próbowała oddychać miarowo, spokojnie, jednak to wcale nie było takie proste. Najchętniej cofnęłaby się w czasie do wczorajszego dnia, gdzieś do poranku i utknęła tam na dobre. Nie mogło być dobrze, kiedy przez chwilę miała wrażenie, że wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku rzeczywistość bardzo szybko przypominała jej o tym, że tak nie jest. Oplatała wokół niej swoje czarne macki i zaczynała dusić.
Nie chciała płakać, nie powinna teraz płakać, ale wypełniało ją poczucie bezsilności. Czuła ciężar na klatce piersiowej, nie sądziła, że to szybko minie. Jak mogłoby minąć? Nie powinni byli pojawić się u Corio, to zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, nie była gotowa, aż na taką konfrontację. Zabolało ją to, uderzyło w Geraldine bardzo mocno. Nie miała pojęcia ile będzie w stanie jeszcze znieść i czy właśnie znajdowała się na granicy, powinna się przygotować na to, że to nie był koniec, za każdym razem, gdy myślała, że jest źle los udowadniał jej, że może być jeszcze gorzej.
Musieli wrócić do domu, to nie mogło ich ominąć, bo przecież zaczęli ponownie wić tu sobie gniazdko, może zupełnie nie świadomie, ale czym innym było sprowadzenie tutaj zwierząt? Nie mówili tego głośno, ustalili, że potrzebują chwili, że niedługo stąd znikną i każde pójdzie w swoją stronę, mimo to dzisiaj rano pojawili się tutaj ze swoimi podopiecznymi.
Nie miała pojęcia, co robiła ze swoim życiem. Nie mogła wrócić do domu, zresztą uprzedziła Astarotha, że nie będzie jej kilka dni, teraz miałaby wrócić jak gdyby nigdy nic?
Gdy pojawili się w Whitby dosyć szybko zamknęła się w sypialni, jednak czuła, że obecność w zamkniętym pomieszczeniu zaczęła ją przytłaczać, dlatego też wyszła na zewnątrz. Potrzebowała świeżego powietrza, liczyła na to, że ono pomoże jej się nie udusić.
Sama nie miała pojęcia, czy bardziej jest zła, czy smutna. Zła na siebie, bo po raz kolejny przekroczyła granicę, znowu uderzyła bardzo precyzyjnie, chociaż nie powinna tego robić. Nie chciała zachowywać się w ten sposób, ale poczuła się niepewnie, kiedy Roise na pytanie Corneliusa wspomniał o tym, że to to się zdarzyło, i nie było mowy o wielkich powrotach, to w nią uderzyło, mimowolnie, chociaż przecież niczego jej nie obiecywał.
Później było tylko gorzej, postanowiła mu pokazać swoje zdanie na ten temat, sięgnęła chyba po najgorszą metodę z możliwych, wyjątkowo mieli publikę, raczej nie zachowywali się w ten sposób przy innych, ale dzisiaj pękła. To, co powiedział Corio, a w sumie to, co powiedział sam Ambroise, po tym jak został podstawiony pod ścianą, cóż, przygniotło ją to.
Nie miała pojęcia o tym, co wydarzyło się w zeszłym roku. Nie zakładała, że mogło być z nim tak źle. Właśnie, jej sposób myślenia po raz kolejny ją zawiódł. Chciał się zabić, właściwie to nawet to zrobił. To było przytłaczające. Nie szukała go wtedy, nie próbowała znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego ją zostawił, a on w tym czasie upadł tak nisko, że chciał zniknąć na zawsze. To oni mieli być razem do usranej śmierci, nigdy nie zakładała, że któreś z nich będzie tak bardzo zdesperowane, żeby samemu odebrać swoje życie.
Alkohol, który wypiła u Lestrange'a nieco mieszał jej w głowie, jakby aktualnie i tak wszystko i samo się tam nie motało.
Usłyszała kroki, nie musiała się odwracać, aby wiedzieć, że Roise pojawił się za nią. Nie mogła się tutaj spodziewać kogoś innego. Nie miała pojęcia, co właściwie miała mu powiedzieć, to było dużo, to czego dzisiaj się dowiedziała rozdarło jej resztki serca.
Przyglądała się tej wydrze, która się przed nią pojawiła. Był to jeden z ich gestów, po który sięgali próbując wybadać grunt. Przyglądała się jej przez chwilę, po czym odwróciła się do niego. Wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, po czym zaprosiła go do siebie ruchem ręki, chociaż nie miała pojęcia, co powinna mu w tej chwili powiedzieć, do czego zmierzali, czuła, że to raczej było zakończenie tego, co tutaj robili przez te kilka dni.