Podniósł się razem z nim - tylko szybciej. Żeby ułożył dłonie na jego ramionach, upewnić się, że nie upadnie. Mógłby się przyzwyczaić, że robienie gwałtownych ruchów wcale nie musi oznaczać tego, że po paru chwilach będzie ci słabo? Och tak, mógłby. Już w tym momencie dziwy nie pochłonęły jego głowy. Łatwo przyzwyczaić się do dobrostanu - gorzej w drugą stronę. Stał. Upewnił się tylko, że stoi - i to o własnych siłach. Mógłby trwać tak - robić za podporę dla jego rąk, które teraz zawędrowały na plecy. I te oczy. Oczy, które tyle osób chwaliło, a teraz widział je w szarościach. Łatwo było uwierzyć, że mogą się rozmyć z białkiem oczu. Naprawdę... mu się to nie podobało. Jak miałby obcałowywać to ciało, które tak go od siebie odstręczało? Nie pojawiło się werbalne zaprzeczenie, ale nie było też zaproszenia. Było za to widoczne na jego twarzy rozdarcie - między tym, że chciał wyjść naprzeciw potrzebom Flynna, a tym, że było to strasznie ciężkie. Znowu chciał go przepraszać - tylko jakoś tym razem powstrzymał się w porę, żeby nie powiedzieć kolejnych słów, które potem już z nimi zostaną, a on będzie tego żałować. Bo mógł komentować ciało, ale w tym ciele był teraz człowiek, którego kochał, tak mocno, tak strasznie..! Nie rozumiał, jak mógł mieć co do tego wątpliwości, kiedy był po prostu sobą. Teraz to jakoś zupełnie nie miało sensu. I to pierdolenie całe, że wolno, że szkoda... nic nie szkoda! Było dobrze dokładnie tak! Inaczej nie mógłby z nim spać i cieszyć się z każdego momentu, kiedy ogrzewał mu nogi, ani kiedy odbijało mu (regularnie) i zaczynał go wylizywać. Jak pies. Albo i nawet strzelał tą cholerną gumką, żeby mógł go przepędzać. Wszystkiego tego by mu brakowało.
Pokiwał głową i zostawił go tutaj. Zatrzymał się tylko na moment przy lustrze w sypialni. Flynn. Czarno-biały Flynn. Ruszył dalej. To był człowiek, którego chciał dotykać i całować. Wszystkie te rzeczy, którymi się przejmował, a które piętrzyły się na stosie i czekały na to, by je rozwiązać. Poczuł to znajome uczucie, że nic się nie uda. Że wszystko i tak źle się skończy, po co próbować. Znajome i nieznajome jednocześnie.
- Migotku, przygotuj proszę coś do jedzenia. Cokolwiek, proszę... - Widział już, że składający ich ubrania skrzat otwierał usta, by go zapytać, a czego sobie życzy. Był ciągle skonfudowany - to było po nim widać. Nie rozumiał. Więc zanim te usta otworzył to wolał mu przerwać. Nie wiedział, co. Nie miał pomysłu. - Byle coś szybkiego. - W przygotowaniu. Czy rzeczy smakowały tak samo, kiedy było się w innym ciele? Był pewien, że nie. A przynajmniej nie do końca. Wiadomość do Florence jak nie została wysłana, tak nie była dalej. Sytuacja jaka była - taka jest. Narzekał na to, że Flynn czasami próbował go uszczęśliwić na siłę, kiedy on tylko chciał, żeby był szczęśliwy. Może teraz było tak samo? Chciał uszczęśliwić Flynna na siłę, żeby mógł popatrzeć na świat inaczej, a może Flynn wcale tego koniecznie nie chciał? Albo chciał, tylko nie wiedział, jak w ogóle do tego podejść? Bo nie wiedział.
- Prawdę mówiąc nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak dobrze. - Czy to Flynna dziwiło? Chyba nie. Stał przy drzwiach tarasowych, wpatrując się w morze. Nadal ją słyszał. Matkę Wodę. Ale to było jak... przelotny dotyk wiatru na policzku. Może już sobie to tylko wyobrażał? Bo wcale nie czuł tej wiecznej ochoty, by skryć się w morzu i już nie wracać do złego świata ludzi. Obrócił głowę w stronę Flynna. - Jeśli pytasz o fizyczne samopoczucie. I jeśli coś o tym powinienem wiedzieć, proszę, powiedz mi teraz. - Bo może nie o to chodziło. Bardzo nie chciał wpaść na kolejny nieprzewidziany rytm wydarzeń, bo już zacząłby chyba na Flynna kurwami rzucać. Ta myśl była... straszna. Wskazał ruchem głowy złożone spodnie czarnowłosego, które leżały na oparciu fotela. Nie zamierzał mu grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu fajek. - Zapalimy, zjemy, pójdziemy na spacer, a potem poczytamy. Co ty na to? - Laurent nerwowo zacierał ręce, zginał nieco palce. Tak, znał to uczucie, nie było obce.