Lewis obrócił się do niego frontem z poważną twarzą. Wyglądał prawie, jakby chciał wziąć dwie kromki czerstwego pieczywa ze swojego chlebaka i przyłożyć je do obu policzków Edge'a i nazwać go idiot sandwich. Powstrzymał się jednak i wrócił do krojenia składników w idealne plasterki, nie za duże, nie za małe. Idealne na jednego kęsa.
— Żeby mi woda nie rozjebała smaku i konsystencji sosu — wyjaśnił, wyjmując z szafki oliwę z oliwek, idealny składnik jako baza do dressingu. — Chyba, że chcesz dodać swojego autorskiego. Nie będę oceniał, tylko się zdecyduj, zanim przyprawie — zrobił wolną dłonią gest walenia konia. Nie był najbardziej subtelną osobą na świecie.
Wrócił do swojego krojenia składników na idealnie równe kawałeczki, udając, że wcale nie zazdrości cyrkowemu cwelowi jego łatwości w posługiwaniu się magią. Lewis był obiektywnie kiepskim czarodziejem, ledwo zdającym z klasy do klasy, na dodatek wkurwiała go, że musi używać do tego jakiegoś pierdolonego badyla. Na szczęście znał swoje powołanie, kochał gotować. Przykładem tej miłości była właśnie ta chwila, gdy zwlókł się ze swojego barłogu, żeby przygotować sałatkę na randkę dla dwóch pedałów.
— Na górze szafek jest lichtarz po babie, co tu wcześniej mieszkała, możesz sobie wziąć, kolacja przy świecach czy tam śniadania. Daj znać czy smakowało, nawet jeśli będziesz udawać, że sam zrobiłeś. Tylko wiesz, bez szczegółow.
Poruszył dwukrotnie brwiami, jakby co najmniej szykował wykwintny alchemiczny afrodyzjak, a nie rozgrzewał patelnię do uprażenia słonecznika.