01.02.2025, 00:42 ✶
W nocy z 21 grudnia na 22 grudnia urodził się Samuel, zatem Yule przez wiele, wiele lat w jego malutkiej rodzinie mieszkającej w samym sercu Kniei Godryka kojarzyły mu się właśnie z jego urodzinami. Z kolorowych papierów wycinał z ojcem dekoracyjne serwetki, razem z mamą przygotowywał wszelkie pyszności z grzybami, bakaliami i kaszami. Upolowane ptaki pieczone były w korzennych przyprawach. Palili w kominku, siadali w kręgu, a Altair roztaczał opowieści zimowe, odpowiednio wcześniej ocenzurowane przez czujne ucho Bereniki. Opowieści nie miały w sobie miast, ludzi, zazwyczaj bohaterami były leśne zwierzęta lub drzewa, których dusze szumiały opowieści o czasach, które już dawno minęły.
To wszystko gasło jak świeca, wraz z postępującą chorobą ojca ich wspólny czas był coraz biedniejszy, coraz chłodniejszy, coraz cichszy. W dniu jego osiemnastych urodzin z Altaira uszło życie, a wraz z jego śmiercią matka obciążona klątwą Maledictusa ze skrzekiem noszonej w ciele bestii wyleciała przez okno i nigdy więcej miała się nie pojawić w zasięgu wzroku. Tamtej nocy nie było śpiewów, nie było pieczonej kaczki. Tamtej nocy w milczeniu kopał swój grób i od tego momentu czas Yule to czas żałoby.
Tego dnia pracuje normalnie. Ogarnia obejście, nanosi drwa, karmi zwierzęta i karmi kozy. Gdy zapada zmrok wychodzi pod drzewo w którego korzeniach oddał ziemi ciało ojca. Tego dnia patrzy w niebo, myśląc o tym, że odebrało mu matkę. Tego dnia w żadnej mierze nie myśli o sobie i o tym, że minął kolejny rok jego życia. W spokoju czyta Altairowi tomik jego ulubionej poezji, a potem kiedy z pieczołowitością odłoży książkę na powrót w leśniczówce, przemienia się w krogulca i wzlatuje nad otuloną śniegiem Knieję i szuka, nie tracąc nigdy nadziei. Szuka swoją matkę licząc, że gdzieś kiedyś wypatrzy jej lśniące czerwienią pióra. Szuka matki licząc, że jeszcze raz będzie mógł wtulić się w jej ramiona... nie ważne, czy będą rękoma czy skrzydłami czy łapami.
To wszystko gasło jak świeca, wraz z postępującą chorobą ojca ich wspólny czas był coraz biedniejszy, coraz chłodniejszy, coraz cichszy. W dniu jego osiemnastych urodzin z Altaira uszło życie, a wraz z jego śmiercią matka obciążona klątwą Maledictusa ze skrzekiem noszonej w ciele bestii wyleciała przez okno i nigdy więcej miała się nie pojawić w zasięgu wzroku. Tamtej nocy nie było śpiewów, nie było pieczonej kaczki. Tamtej nocy w milczeniu kopał swój grób i od tego momentu czas Yule to czas żałoby.
Tego dnia pracuje normalnie. Ogarnia obejście, nanosi drwa, karmi zwierzęta i karmi kozy. Gdy zapada zmrok wychodzi pod drzewo w którego korzeniach oddał ziemi ciało ojca. Tego dnia patrzy w niebo, myśląc o tym, że odebrało mu matkę. Tego dnia w żadnej mierze nie myśli o sobie i o tym, że minął kolejny rok jego życia. W spokoju czyta Altairowi tomik jego ulubionej poezji, a potem kiedy z pieczołowitością odłoży książkę na powrót w leśniczówce, przemienia się w krogulca i wzlatuje nad otuloną śniegiem Knieję i szuka, nie tracąc nigdy nadziei. Szuka swoją matkę licząc, że gdzieś kiedyś wypatrzy jej lśniące czerwienią pióra. Szuka matki licząc, że jeszcze raz będzie mógł wtulić się w jej ramiona... nie ważne, czy będą rękoma czy skrzydłami czy łapami.