Ta zmiana była oczywista. Natury ich rytmu, który mu nie leżał, bo tworzył chłód, dystans. Pustkę. Taką, w której nie mógł się zatopić i być w niej jedyną z gwiazd. To on był tą pustką. Smutną mina wcale nie pomagała... Ale przynajmniej nie płakał. Przynajmniej nie płakał...
Lubił spoglądać na Flynna, kiedy coś robił. Lubił badać jego ruchy, jego zachowania. A poza tym - lubił go podziwiać. Zachód słońca bladł, kiedy Fleamont był w polu widzenia. Straszak z Nokturnu, do którego strach już zniknął zupełnie... Ach, nie. Przecież przypomniał o sobie dzisiaj przez zwykły wygłupy. I może teraz przyjedzie ci przewartościować to zaufanie, kiedy świadomość siły tych ramion stała się taka oczywista. To ciało było chodzącą bronią. Wiedzieć o tym to jedno. Poznać od podstaw? Ha... A i tka doświadczał jakiejś malutkiej części tych możliwości. Nie zamierzał ich testować. To ciało... To ciało było skarbem. I chciał o nie dbać.
Usiadł powoli obok, zastanawiając się nad tymi słowami, ale nie przyszło mu wątpić w to, że to ciało jest wiecznie głodne dotyku. A na ile to było też w głowie? Jakże mylnie ludzie sądzili, że mężczyźni to potrzebują tylko bodźca, bo przecież według mężczyzn - ich penis zawsze może! Zawsze gotowy, zawsze największy! Czekali tylko, żeby ich chwalić, bo potem oni się mogli chwalić przed kolegami, jacy z nich ruchacze 2000. Przyjęcie, że w psychice sporo się działo, było nie do przyjęcia. No przecież emocje to babska rzecz.
- Ja... Ja... - Chodziły mu te myśli po głowie, kiedy był we własnym ciele - jeśli to krzywdzenie się przynosiło ulgę takiemu Flynnowi - przyniosło by też jemu? Teraz zastanawiał się nad tym bardziej. Jak to było... Samokaranie. Bardzo zły kierunek rozumowania. - Ja nie... Przepraszam, Flynn, ale ja... Za bardzo siebie nie lubię. - Mocno się postarał, żeby zabrzmieć jak najbardziej delikatnie, chociaż głos miał napięty. I nawet nie próbował patrzeć na towarzysza. Biegał oczami w zasadzie wszędzie, nie potrafisz się skupić na jednej rzeczy. Przygotowujący obiad Migotek był niezłym punktem zaczepienia. Skrzat rozłożył naczynia i czuć było zapach jajecznicy. Poczerwieniał, kiedy usłyszał o rozciąganiu. - To drugie jest akurat spełnieniem marzeń. - Wcale nie był mniej głodny dotyku od Flynna. Wolał za to, żeby jego inicjatywa przychodziła z drugiej strony. - D...dobrze. - O Merlinie, wydawało mi się, że zaraz go tu rozsadzi. Wstał od tego stołu energicznie, aż musiał złapać krzesło... Co się o dziwo udało. Patrzył wielkimi oczami na ten ruch i to, że to krzesło trzyma... Po czym wyrwał się z bezruchu, odstawił je i... Zaczął po prostu chodzić. Było mu wstyd. Siebie samego. Niszczyła go myśl o tym, że Flynn mógłby się śmiać z jego nieporadności. To nie było wcale ładne. Nikt nie chciał oglądać pokrak. - A ty? Lepiej się czujesz?