To nie było niczym dziwnym, nie dla niej. Spodziewała się, że prędzej, czy później znajdą się w podobnej sytuacji. Zwłaszcza po tym, gdy wyjaśnili sobie, że ich uczucia są podobne. Jasne - wyznaczyli sobie granice, ale czy naprawdę miały one jakąkolwiek racje bytu, kiedy dwie osoby, aż tak bardzo siebie pragnęły? Nie wydawało jej się, bardzo szybko zresztą miała dostać argument, który poświadczyłby o tym, że ma rację.
Nic się nie zmieniło. Nie pod tym względem. Na to akurat nie mieli najmniejszego wpływu, mogli nazywać to przekleństwem, błogosławieństwem, w zależności o momentu i chwili w ich życiu, nie dało się jednak zignorować, że to coś nadal było między nimi. Nie dało się uciec od tej więzi, która była między nimi. Nie sądziła, że kiedykolwiek się to zmieni. Mijający czas tego nie popsuł, gromy rzucane na siebie spod opuszczonych powiek ich tego nie pozbawiły. To nadal w nich było, i zamierzała się w tym zatracić w tej chwili. tak po prostu, bez zastanawiania się nad tym, czy powinna, bo wiedziała, że to mogło nie przynieść niczego dobrego - wręcz przeciwnie. Jeszcze zaczęłaby myśleć nad słusznością swoich wyborów, a w tej chwili nie chciała tego robić. Nie, myślenie nie było jej do niczego potrzebne, zwłaszcza wtedy, kiedy jego ciepłe usta zbliżyły się do jej skóry.
Musiał mieć ostatnie słowo. Oczywiście. W końcu taki już był. Nie zamierzała teraz, dalej mu się stawiać. To nie miało najmniejszego sensu, wiedziała, że on wie, że nie miała potrzeby aby pojawiać się w Mungu - nigdy. Otaczała się medykami, co było całkiem zabawne zważając na to, czym ona sama się zajmowała. Nie do końca pasowało do niej to otoczenie uczonych i wykształconych osób, ale jakoś tak się złożyło, że w gronie najbliższych miała ich całkiem sporo. Na pewno w dużej mierze było to zasługą Roisa, ale sama też nie bała się nawiązywać takich znajomości. Jak chociażby ta z Florence, która trwała już od czasu, kiedy uczęszczały do Hogwartu - tak bardzo różne od siebie, a jednak potrafiły się dogadać, aż w końcu stały się przyjaciółkami.
Nie do końca umiała stwierdzić, jak daleko sięgała jej niechęć do Munga, ale musiała trwać bardzo długo, tak samo, jak miała z ministerstwem, gardziła wszystkimi publicznymi instytucjami, bo jej zdaniem nie do końca radziły sobie z tym, co się działo. Uważała polityków i urzędasów za okropnie nieudolnych, nie licząc kilku jej przyjaciół, którzy pracowali w tych instytucjach, jednak nie na odpowiednich stołkach. Zresztą nie sądziła też, że istnieją jakieś szanse na zmiany, raczej wydawało jej się, że dalej najważniejsze stołki będą rozdawane w ramach zasady kolesiostwa. Co świadczyło samo za siebie. Zresztą z tego, co udało jej się zrozumieć, to Roise nadal nie awansował, co było dla niej zadziwiające, zważając na to, ile czasy poświęcał pracy i jak bardzo starał się wznieść wyżej w tym miejscu. Cóż, najwyraźniej byli ślepi bo jej chłopak był w końcu najlepszy, nawet kiedy nie był już jej chłopakiem, nie oficjalnie, ale kto by się tym przejmował.
Aktualnie przecież zachowywał się jak jej chłopak. Zasypywał ją pocałunkami, dotykał ją w ten sposób, jakby nic na świecie poza nią się nie liczyło. Zniknął pod rąbkiem jej sukienki, aby obdarzyć ciepłem jej ciało. reagowała na każdy jego gest, nie była w stanie się powstrzymać. Mimowolnie drapała jego kark i zaciskała na nim swoje dłonie. Powinien jej to wybaczyć, no, miała nadzieję, że tak się stanie. Zatraciła się w tej krótkiej chwili, nie była w stanie walczyć z uczuciem, które ją wypełniało, nie chciała tego robić. Dała się ponieść, zupełnie straciła kontrolę i całkiem podobało jej się to uczucie, które to ze sobą niosło. Znowu czuła, że to jest właściwe, że Roise znajduje się tam gdzie powinien, dawał jej dokładnie to, czego potrzebowała w tej chwili.
Kiedyś już to mieli, było to dla nich codziennością, ostatnio jednak nie sięgali po te gesty, po ten sposób dotyku. Na szczęście postanowili do tego wrócić. Wydawało jej się to być właściwe, chociaż powinna pamiętać o tym, że to nigdy nie miało wrócić, nie w pełni.
Nie było sensu szukać w tym niewinności, oni nigdy nie byli niewinni. Nie, zdecydowanie tego im brakowało. Nie mieli problemu, aby bezwstydnie sięgnąć po to, na czym im zależało w danej chwili. Nigdy szczególnie się z tym nie krępowali, tak samo było i tym razem. Właściwie to Geraldine nie musiała po nic sięgać, Roise jej to dawał, bez zbędnych pytań, dawał jej to, czego właśnie potrzebowała.
Zatraciła się w tym, zupełnie. Uścisk jej dłoni w końcu zelżał, oddech zaczął się uspokajać, a nogi - nie była w stanie zapanować nad ich drżeniem. Jej ciało przeszedł dreszcz, który sugerował zwieńczenie tego, co robił. Policzki zrobiły się jeszcze bardziej rumiane, nie była w stanie nawet na niego spojrzeć spod opadających na oczy powiek. Doprowadził ją na granicę, rozsypała się na milion kawałków i wypadałoby się teraz pozbierać, ale to wcale nie było łatwe, nie po takiej ilości doznań.
Chwilę zajęło jej uspokojenie oddechu, zapanowanie nad dygającymi nogami, w końcu jednak była w stanie na niego spojrzeć, chcąc nie chcąc obdarzając go przy tym uśmiechem. Podobało jej się to, co z nią zrobił. Wypadałoby się mu za to odwdzięczyć, w końcu ona również mogła mu to dać, tę chwilę zatracenia, która na pewno by mu się przydała.
Miała świadomość, że to było coś więcej, niż chwilowe uniesienie, to zawsze było coś więcej. Łączyło się z uczuciami, o których być może nie potrafili mówić, ale wiedzieli, że one istnieją, że kryją się w nich. Wszystkie te gesty były tylko potwierdzeniem tego, że one gdzieś w nich siedzą.
- Mam Ci pokazać, jak bardzo pierdolę tego Munga? - Czyżby rzucał jej wyzwanie, cóż, powinien spodziewać się reakcji, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna nie mogła pozostawić tego komentarza bez odpowiedzi, osobie jej pokroju po prostu nie wypadało tego robić.
Zdecydowanie nie chciała teraz znajdować się pod nim, skoro to właśnie ona miała pokazać mu, w jaki sposób pierdoli Munga. Musiała jednak zebrać się w sobie, poskładać do kupy z tej chwili zatracenia, aby w końcu spróbować znaleźć się nad nim, cóż, najwyraźniej przyjęła wyzwanie i miała zamiar udowodnić mu, jak bardzo jebała po Mungu, a może bardziej pierdoliła jego pracowników? Jak zwał tak zwał.