Nie spełnianie czyichś oczekiwań za łatwo prowadziło do zawodu. Zawód - do odrzucenia. Nie chcesz się bawić tymi zabawkami, które przestały cię cieszyć. Sięgasz wtedy po inne, zamieniasz je. Inne na pewno będą bardziej chętne. Albo prowadziły po prostu do smutku. Sprawiały przykrość, bo przecież ktoś chce coś robić, czegoś potrzebuje, chce się uśmiechnąć. Ty mu jednak odmawiasz. I działo się tak, jak teraz - smutna mina, która mogła się przerodzić w coś gorszego. Pod skórą się tego obawiał - że to zawsze będzie coś gorszego. Wypłynie na wierzch tragedia zapisana czarnym atramentem i zamieni śliczny dziennik w bezużyteczny, zaplamiony brudnopis. Bał się tego. Jeśli dodać do tego te plamy, które już narobił swoim zachowaniem, robiło się z tego coś obrzydliwego. Żadne urocze listy i liściki miłosne - to była zbierająca się sterta zużytych kartek. Żaden śliczny dziennik z nowymi słowami - to był zaledwie zeszyt z kartkami do wywalenia. Przygryzł wargę, nadal nerwowo pocierając swoje palce, zginając je, splatając je ze sobą. Miał dalej ten sam automatyczny gest - sięgania do pierścionków, których tam nie było, więc przesuwał opuszkami i paznokciami po samej skórze.
- Gdyby panicz czegoś potrzebował... - Migotek postawił półmisek z warzywami na stole, patrząc na ciało Laurenta, ale potem zerknął na ciało Edża. Wrócił wzrokiem do blondyna, którego niepoukładane włosy sprawiały, że skrzat się na nie gapił. - Migotek pomoże. - Złapał swoimi drobnymi rączkami ściereczkę kuchenną, gapiąc się tym jednym okiem na Flynna w tym momencie w takiej niemej informacji o zmartwieniu. Tak samo potem spojrzał na Laurenta. Pokłonił się lekko i zniknął. Laurent spojrzał na niego tylko na moment, z taką drobiną żalu. Będzie musiał z nim porozmawiać - naprawić nieco ten nawyk unikania kontaktu, kiedy Edge był w pobliżu. Do tego był przyzwyczajony - gość w domu, to on się za bardoz nie kręci pod nogami. Tylko że Edge... nie był gościem.
Pokiwał głową energicznie i usiadł do stołu. Wcale się to nie zmieniło - miał wrażenie, że usiadł, żeby jeść za karę. Żołądek miał tak samo ściśnięty jak zazwyczaj... a nie. Jednak trochę się zmieniło. Trochę, bo kiedy już wziął ten widelec to poczuł głód. Nawyk jedzenia się przez to niewiele zmienił - wyglądało to po prostu śmiesznie, kiedy nagle ciało Flynna siedziało przy stole wyprostowane i te gesty stawały się też bardziej wyważone. Nawet jeśli towarzyszyła temu nerwowość i niecierpliwość panującego nastroju. To jedzenie w monochromie było jeszcze mniej apetyczne. Tamta śliczna restauracja z jej zorzą... ale tam musiało być nieprzyjemnie ciemno. Ciekawe, ile razy jeszcze przyjdzie mu się poczuć jak zupełny idiota przez to, że czegoś o Flynnie nie wiedział. Że ten czegoś nie chciał powiedzieć. Jadł - i szło mu o wiele lepiej niż we własnym ciele. A po paru kęsach zrobił się naprawdę głodny. Milczał, zerkając na Flynna z niepokojem, bo miał wrażenie, że ten się zbiera do powiedzenia czegoś.
- J-jesteś na coś uczulony? Chciałem za-żyć eliksir uspakajający.