01.02.2025, 18:21 ✶
Pożar w moich ustach płonął w najlepsze. Nie liczyło się nic, tylko krew. Mrowiło mnie nieznośnie, nawoływało do ugaszenia tej potrzeby nim... wybuchnę? Nie wiem, czy mógłbym być jeszcze bardziej oszalały na punkcie krwi. Pragnąłem tego, pragnąłem jej. Chciałem ssać i czuć jak rozchodzi się po całym ciele, czyniąc mnie żywym. Imitacją, słabą podróbką żywego, ale chociaż na chwilę mogłem się łudzić.
A potrzebowałem chociaż kropli. Drobnego kęsa. Łyka. Oni tego nie rozumieli.
Byłem tu po coś innego, ale to przestało mieć dla mnie znaczenie. Mogli się bawić, w co tam chcieli. Ja zamierzałem zadowolić się tylko tym jednym. Wezmę i niech później robią sobie ze mną, co chcą. Tylko bym dostał chociaż jeden łyk. Jeden. Drobny. Łyk.
Ale zamiast beztroskiego spotkania i drobnego upojenia, miałem szok. Nie wiedziałem, gdzie Sauriel Rookwood mógł się nauczyć takich chwytów. Spodziewać się po nim mogłem wiele, ale zdecydowanie nie tego, że będzie bardziej zręczny i umiejętny w walce. Chyba że wcale nie był. Może po prostu przeceniałem własne możliwości.
Z mojego gardła wydobyło się niezadowolone warknięcie. Niczym u zwierzęcia. To zawsze na chwilę mnie dezorientowało. Jakby było czymś obok, a nie mną... Może bardziej nie ze mnie? Ale jednak. To ja. Niezadowolony ja. Wściekły ja. Nie przepadałem za Saurielem Rookwoodem, a teraz wręcz go nienawidziłem. Wiedział, jak nie zjednywać sobie wampiry, ludzi, kogokolwiek. Ale... ALE! Był wampirem. Powinien mnie zrozumieć chociaż trochę, czyż nie? Mogliśmy się podzielić Victorią. Może nie miałbym nic przeciwko temu... przynajmniej na początku.
- Pozwól. Mi. Chociaż. Trochę - wysyczałem do niego... prośbę? Nie brzmiało jak prośba. Jak ostrzeżenie?! Cóż, wyznałem, co chcę, a teraz mocno kopnąłem go w kolano, bo wiedziałem, że w głębokiej dupie miał moje preferencje. A ja z kolei, nie dbałem o to, czy mu przypadkiem nie uszkodzę stawów. Szczerze? Byłoby mi to nawet miodem na serce. Moje śliczne, martwe serce.
Zamierzałem powtórzyć jeszcze raz, jeśli nie trafiłem, a potem wstać i odebrać to, co miało wkrótce być moje. Krrrew.
Rzuty na AF; kopię Sauriela po nogach
A potrzebowałem chociaż kropli. Drobnego kęsa. Łyka. Oni tego nie rozumieli.
Byłem tu po coś innego, ale to przestało mieć dla mnie znaczenie. Mogli się bawić, w co tam chcieli. Ja zamierzałem zadowolić się tylko tym jednym. Wezmę i niech później robią sobie ze mną, co chcą. Tylko bym dostał chociaż jeden łyk. Jeden. Drobny. Łyk.
Ale zamiast beztroskiego spotkania i drobnego upojenia, miałem szok. Nie wiedziałem, gdzie Sauriel Rookwood mógł się nauczyć takich chwytów. Spodziewać się po nim mogłem wiele, ale zdecydowanie nie tego, że będzie bardziej zręczny i umiejętny w walce. Chyba że wcale nie był. Może po prostu przeceniałem własne możliwości.
Z mojego gardła wydobyło się niezadowolone warknięcie. Niczym u zwierzęcia. To zawsze na chwilę mnie dezorientowało. Jakby było czymś obok, a nie mną... Może bardziej nie ze mnie? Ale jednak. To ja. Niezadowolony ja. Wściekły ja. Nie przepadałem za Saurielem Rookwoodem, a teraz wręcz go nienawidziłem. Wiedział, jak nie zjednywać sobie wampiry, ludzi, kogokolwiek. Ale... ALE! Był wampirem. Powinien mnie zrozumieć chociaż trochę, czyż nie? Mogliśmy się podzielić Victorią. Może nie miałbym nic przeciwko temu... przynajmniej na początku.
- Pozwól. Mi. Chociaż. Trochę - wysyczałem do niego... prośbę? Nie brzmiało jak prośba. Jak ostrzeżenie?! Cóż, wyznałem, co chcę, a teraz mocno kopnąłem go w kolano, bo wiedziałem, że w głębokiej dupie miał moje preferencje. A ja z kolei, nie dbałem o to, czy mu przypadkiem nie uszkodzę stawów. Szczerze? Byłoby mi to nawet miodem na serce. Moje śliczne, martwe serce.
Zamierzałem powtórzyć jeszcze raz, jeśli nie trafiłem, a potem wstać i odebrać to, co miało wkrótce być moje. Krrrew.
Rzuty na AF; kopię Sauriela po nogach
Rzut PO 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 42
Sukces!
Sukces!