01.02.2025, 20:00 ✶
– Być ulubienicą najpopularniejszej czarownicy w Wielkiej Brytanii? To naprawdę zaszczyt – odparła Brenna znad swojego kubka, uśmiechając się do Pandory lekko. Pomyślała mimowolnie, że chociaż ona i Laurent pozornie bardzo byli od siebie różni, ogień i woda, ciemnowłosa, energiczna panna i jasnowłosy, delikatny chłopak, to w tym łączyło ich ogromne podobieństwo. Bardzo chcieli widzieć w ludziach tylko to, co najlepsze. Czasem widzieli w nich nawet to, czego nie widział nikt inny – i Brenna sama nie wiedziała, czy dlatego, że mieli w sobie tyle dobrych emocji wobec innych, czy może jednak trochę ludzi takich jak ona przeceniali.
– Hm… zaklęcia będą nietrwałe – stwierdziła z pewnym zastanowieniem. – Koliberek brzmi dobrze. Sądzisz, że mógłby… nie wiem, na przykład zacząć wibrować, żeby ich jakoś zawiadomić, jeśli coś byłoby nie tak? Ktoś na przykład próbowałby naruszyć drzwi albo coś takiego?
Nie znała się do końca na zaklęciach, mechanizmach i runach tego typu. Brenna była całe lata ogromnie uprzywilejowana, mieszkając w Warowni, jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Anglii. Dopiero teraz, gdy usiłowała zabezpieczyć Księżycowy Staw oraz własną, zupełnie niemagiczną dotąd kamienicę, zrozumiała w pełni, jak wielu środków, czasów i pracy specjalistów to wszystko potrzebowało. Myślała mgliście, że może w ramach Zakonu kilku specjalistów mogłoby się zająć tego typu działaniami dla tych, którzy sami nie mogli sobie pozwolić, ale… ta myśl zderzała się z inną: że nie jest dobrą osobą do ogarniania takich rzeczy.
A Patricka już nie było.
(Za tą myślą szły zresztą kolejne, przyprawiające o ściskanie żołądka: że znikali po kolei, Derwin, Mavelle, Danielle, Vincent, Patrick, poza tym jeszcze Charlie, Avelina, Castiel i… nawet nie chciała o tym myśleć. I chociaż to nie tak, że została sama, to obok nie było już nikomu, komu mogłaby po prostu powierzyć pilnowanie swoich pleców. Ci, którzy zostali, za wiele nieśli własnych ciężarów albo nigdy nie wciągnęłaby ich bez wahania w tak szaleńcze akcje jak Mav, Vinca, Derwina czy Patricka.)
– Jestem pewna, że dasz sobie radę, skoro ogarniasz jakieś stare pułapki dla archeologów. Nawet sobie nie wyobrażam, jak na co dzień wygląda twoja praca. Chociaż tutaj chyba unikniemy takich, jakie zostawia się w grobowcach, co obcinają ręce czy rzucają mordercze klątwy i tak dalej… – powiedziała, już wspinając się po schodach. Nie mniej dobra niż ona? Chyba lepsza: Pandora była samym słońcem, a w duszy i umyśle Brenny wiele było cieni. Po prostu nie pozwalała im zwykle się wydostać – nie pokazywała ich innym, bo nie potrzebowali dodatkowych problemów. – Dziękuję ci, naprawdę. Jestem pewna, że się przyda.
Brenna miała pewien problem z przyjmowaniem prezentów, znacznie większy niż z ich dawaniem – bo obdarowywała innych bardzo chętnie. Mimo to nie była urażona ani spłoszona, na pewno nie uważała, że Prewettówna sugeruje, że nie poradzi sobie sama. Była tylko człowiekiem i doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich ograniczeń i z tego, że w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczna: nikt z nich nie był bezpieczny.
Coś zgrzytnęło, ktoś popatrzył chyba przez wizjer, a potem drzwi się otworzyły i na progu stanęła czarownica, szczupła, o delikatnej urodzie. Uśmiechnęła się do nich, trochę nerwowo, a słowa powitania wypowiedziała tak cicho, że ledwo słyszalnie. Brenna przywitała ją, jak gdyby nigdy nic, jak zwykle z pogodnym uśmiechem, przedstawiła Pandorę, krótko wspomniała o lepszym zamku, koliberku i może dodatkowym mechanizmie, a potem pozwoliła, aby pani domu zadała ewentualne pytania bezpośrednio Prewettównie. Nie wtrącała się sama: w końcu to Pandora była tutaj specjalistką.
– To co? Do dzieła? Mam ci jakoś pomóc, tak w ramach przynieś, wynieś, pozamiataj czy usunąć się na bok, żebyś mogła się skupić i wszystko ogarnąć? – spytała, kiedy rozmowa z trzecią czarownicą dobiegła końca.
– Hm… zaklęcia będą nietrwałe – stwierdziła z pewnym zastanowieniem. – Koliberek brzmi dobrze. Sądzisz, że mógłby… nie wiem, na przykład zacząć wibrować, żeby ich jakoś zawiadomić, jeśli coś byłoby nie tak? Ktoś na przykład próbowałby naruszyć drzwi albo coś takiego?
Nie znała się do końca na zaklęciach, mechanizmach i runach tego typu. Brenna była całe lata ogromnie uprzywilejowana, mieszkając w Warowni, jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Anglii. Dopiero teraz, gdy usiłowała zabezpieczyć Księżycowy Staw oraz własną, zupełnie niemagiczną dotąd kamienicę, zrozumiała w pełni, jak wielu środków, czasów i pracy specjalistów to wszystko potrzebowało. Myślała mgliście, że może w ramach Zakonu kilku specjalistów mogłoby się zająć tego typu działaniami dla tych, którzy sami nie mogli sobie pozwolić, ale… ta myśl zderzała się z inną: że nie jest dobrą osobą do ogarniania takich rzeczy.
A Patricka już nie było.
(Za tą myślą szły zresztą kolejne, przyprawiające o ściskanie żołądka: że znikali po kolei, Derwin, Mavelle, Danielle, Vincent, Patrick, poza tym jeszcze Charlie, Avelina, Castiel i… nawet nie chciała o tym myśleć. I chociaż to nie tak, że została sama, to obok nie było już nikomu, komu mogłaby po prostu powierzyć pilnowanie swoich pleców. Ci, którzy zostali, za wiele nieśli własnych ciężarów albo nigdy nie wciągnęłaby ich bez wahania w tak szaleńcze akcje jak Mav, Vinca, Derwina czy Patricka.)
– Jestem pewna, że dasz sobie radę, skoro ogarniasz jakieś stare pułapki dla archeologów. Nawet sobie nie wyobrażam, jak na co dzień wygląda twoja praca. Chociaż tutaj chyba unikniemy takich, jakie zostawia się w grobowcach, co obcinają ręce czy rzucają mordercze klątwy i tak dalej… – powiedziała, już wspinając się po schodach. Nie mniej dobra niż ona? Chyba lepsza: Pandora była samym słońcem, a w duszy i umyśle Brenny wiele było cieni. Po prostu nie pozwalała im zwykle się wydostać – nie pokazywała ich innym, bo nie potrzebowali dodatkowych problemów. – Dziękuję ci, naprawdę. Jestem pewna, że się przyda.
Brenna miała pewien problem z przyjmowaniem prezentów, znacznie większy niż z ich dawaniem – bo obdarowywała innych bardzo chętnie. Mimo to nie była urażona ani spłoszona, na pewno nie uważała, że Prewettówna sugeruje, że nie poradzi sobie sama. Była tylko człowiekiem i doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich ograniczeń i z tego, że w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczna: nikt z nich nie był bezpieczny.
Coś zgrzytnęło, ktoś popatrzył chyba przez wizjer, a potem drzwi się otworzyły i na progu stanęła czarownica, szczupła, o delikatnej urodzie. Uśmiechnęła się do nich, trochę nerwowo, a słowa powitania wypowiedziała tak cicho, że ledwo słyszalnie. Brenna przywitała ją, jak gdyby nigdy nic, jak zwykle z pogodnym uśmiechem, przedstawiła Pandorę, krótko wspomniała o lepszym zamku, koliberku i może dodatkowym mechanizmie, a potem pozwoliła, aby pani domu zadała ewentualne pytania bezpośrednio Prewettównie. Nie wtrącała się sama: w końcu to Pandora była tutaj specjalistką.
– To co? Do dzieła? Mam ci jakoś pomóc, tak w ramach przynieś, wynieś, pozamiataj czy usunąć się na bok, żebyś mogła się skupić i wszystko ogarnąć? – spytała, kiedy rozmowa z trzecią czarownicą dobiegła końca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.