02.02.2025, 11:59 ✶
... tylko z tymi za których oddałbyś życie.
powiedziała Rose, a potem zasiewała w chłonnym umyśle słowa, które niegdyś tkała dla niego jego matka. Samuel miał wpisany brak zaufania w skuteczność służb porządkowych, w skuteczność SYSTEMU od maleńkości. Miasta były rozrastającymi się abominacjami, cywilizacja wyjaławiała ziemię, a Knieja, tylko Knieja była bezpiecznym miejscem, w którym można było się ukraść. Ostatnie dwa miesiące przeczyły tym tezom, sprawiały że Sameul jak bardzo wolno dojrzewający kwiat, otwierał się na nowe przekonania, na zaufanie, na ciepło, które może mu dać społeczność. Wciąż jednak był w tym wszystkim bardzo zagubiony, a mówiące tak wiele obecnie rodzeństwo Greengrassów mu nie pomagało w zrozumieniu delikatnych współzależności.
– Nie znalazłem – potwierdził tylko, że nie znał lokalizacji leża, podczołgując się jak mały niedźwiadek do Roselyn i zwijając się obok niej w małą kulkę nieszczęśliwości i skonfundownia. Oddychał i na tym się skupiał. Odliczał godziny odkąd Nora powiedziała mu, że chce go widzieć w swoim życiu znowu, że jednak wciąż, mimo niewybaczalnego błędu, który popełnił przed laty, jest mu wybaczone. Odliczał godziny odkąd dowiedział się że matka okłamywała go całe życie w sprawie zazdrosnej Kniei, w sprawie klątwy żywiołów, a teraz musiał zmierzyć się z kolejnym konfliktem i bardzo, bardzo, BARDZO nie chciał klątwie żywiołów dojść teraz do głosu. Nie chciał być tym, który zrani tak bliskie mu osoby. Te dni były zbyt intensywne i tak jak nigdy tęsknił za monotonią i naturalnym pulsem lasu. Jak nigdy...
– Nie pomogę. Nie znam się na tym. Umiem nic. – Twarz miał zakrytą dłońmi, które powoli wilgotniły się nadmiarem emocji. Oddychał głęboko, oddychał i bliskość Rose, bliskość jego drzewa pomagała, ale bardziej by się uspokoić i nie myśleć, niż znaleźć skuteczne rozwiązania.
powiedziała Rose, a potem zasiewała w chłonnym umyśle słowa, które niegdyś tkała dla niego jego matka. Samuel miał wpisany brak zaufania w skuteczność służb porządkowych, w skuteczność SYSTEMU od maleńkości. Miasta były rozrastającymi się abominacjami, cywilizacja wyjaławiała ziemię, a Knieja, tylko Knieja była bezpiecznym miejscem, w którym można było się ukraść. Ostatnie dwa miesiące przeczyły tym tezom, sprawiały że Sameul jak bardzo wolno dojrzewający kwiat, otwierał się na nowe przekonania, na zaufanie, na ciepło, które może mu dać społeczność. Wciąż jednak był w tym wszystkim bardzo zagubiony, a mówiące tak wiele obecnie rodzeństwo Greengrassów mu nie pomagało w zrozumieniu delikatnych współzależności.
– Nie znalazłem – potwierdził tylko, że nie znał lokalizacji leża, podczołgując się jak mały niedźwiadek do Roselyn i zwijając się obok niej w małą kulkę nieszczęśliwości i skonfundownia. Oddychał i na tym się skupiał. Odliczał godziny odkąd Nora powiedziała mu, że chce go widzieć w swoim życiu znowu, że jednak wciąż, mimo niewybaczalnego błędu, który popełnił przed laty, jest mu wybaczone. Odliczał godziny odkąd dowiedział się że matka okłamywała go całe życie w sprawie zazdrosnej Kniei, w sprawie klątwy żywiołów, a teraz musiał zmierzyć się z kolejnym konfliktem i bardzo, bardzo, BARDZO nie chciał klątwie żywiołów dojść teraz do głosu. Nie chciał być tym, który zrani tak bliskie mu osoby. Te dni były zbyt intensywne i tak jak nigdy tęsknił za monotonią i naturalnym pulsem lasu. Jak nigdy...
– Nie pomogę. Nie znam się na tym. Umiem nic. – Twarz miał zakrytą dłońmi, które powoli wilgotniły się nadmiarem emocji. Oddychał głęboko, oddychał i bliskość Rose, bliskość jego drzewa pomagała, ale bardziej by się uspokoić i nie myśleć, niż znaleźć skuteczne rozwiązania.