29.01.2023, 03:17 ✶
Uważne oczy pani detektyw nie odnajdywały niczego, co mogłoby wydać się podejrzane. Przestrzenna sala nie posiadała widocznych zabezpieczeń, ale można było domyślić się, że takie zaklęcia często pozostawały po prostu niewidoczne.
- Oczywiście, proszę pytać - powiedział, przenosząc spojrzenie na Brennę. Kiedy zaczęłaś mówić, wpierw uśmiechnął się szeroko, następnie dodał: jest pani naprawdę rozgadana…
Nim zaczął odpowiadać, wziął głęboki wdech.
- Jakie było pierwsze pytanie…?
Niepewność w jego głosie zawierała również jakąś nutę nieśmiałości.
- Ah tak, kiedy go ostatnio widzieliśmy… Wczoraj, pani Longbottom. Codziennie wieczorem gabloty są czyszczone i nikt nie doniósł mi o żadnej nieprawidłowości. Co do konsultacji… domyśla się pewnie pani, że najwięksi specjaliści zamieszkują to domostwo, więc nie było tych osób zbyt wiele, ale tak - znalazło się w dawnych czasach kilkoro doświadczonych czarodziejów zainteresowanych ich historią, jednakże żaden z nich nie zawiesił na nich oczu zbyt długo - zainteresowanie innymi przedmiotami było o wiele większe. Wielu wiedziało o kamieniach, są przecież częścią tutejszej wystawy. Ostatnio jednak: nic - pustka. Była to sytuacja zupełnie niespodziewana.
Raz jeszcze potarł dłonią swoje wąsy.
- Niezwykłych - przyznał, odpowiadając na pytanie dotyczące umiejętności, jakie musiał posiadać włamywacz. - Ani to zwykłe szkło, ani to zwyczajna kłódka. Ani to zwyczajne drzwi, ani zwyczajne okna. Mógłbym się naprawdę długo rozwodzić nad ilością tutejszych zabezpieczeń, ale czy to ważne w świetle tego, że żadne z nich nie zostało nawet dotknięte? Wygląda pani na mądrą osobę. Pewnie wie już pani, do czego dążę… - I wtedy znów posmętniał.
- Tak, nikt jej nie dotykał… A klucze do gablot znajdują się w moim gabinecie. Teraz jednak - pęk przypięty do jego spodni zabrzęczał głośno, kiedy przerzucił ciężar z jednej nogi na drugą - mam je przy sobie.
Ponownie odetchnął. Widać było, że nie czuł się komfortowo mówiąc aż tyle. Od odpowiadania na pytania zaschło mu w ustach. Pan Shafiq był stary. Tak stary, że jego dłonie drżały bez powodu, kiedy podpierał się o laskę.
- Dwie pary drzwi, z których oba prowadzą do korytarzy. Pierwszy prowadzi do wyjścia z budynku, drugi do sieci innych pomieszczeń.
Słysząc ostatnie z pytań, zmarszczył brwi.
- Nie wiem, pani Bones. O tych kamieniach wie wiele osób, od moich uczniów, przez znajomych, po moje dzieci, wnuków i prawnuków. Ich istnienie nie było sekretem, sekretem było zaś ich zastosowanie. To chyba najbardziej irytujące, że ktoś zrozumiał je lepiej niż ja.
- Oczywiście, proszę pytać - powiedział, przenosząc spojrzenie na Brennę. Kiedy zaczęłaś mówić, wpierw uśmiechnął się szeroko, następnie dodał: jest pani naprawdę rozgadana…
Nim zaczął odpowiadać, wziął głęboki wdech.
- Jakie było pierwsze pytanie…?
Niepewność w jego głosie zawierała również jakąś nutę nieśmiałości.
- Ah tak, kiedy go ostatnio widzieliśmy… Wczoraj, pani Longbottom. Codziennie wieczorem gabloty są czyszczone i nikt nie doniósł mi o żadnej nieprawidłowości. Co do konsultacji… domyśla się pewnie pani, że najwięksi specjaliści zamieszkują to domostwo, więc nie było tych osób zbyt wiele, ale tak - znalazło się w dawnych czasach kilkoro doświadczonych czarodziejów zainteresowanych ich historią, jednakże żaden z nich nie zawiesił na nich oczu zbyt długo - zainteresowanie innymi przedmiotami było o wiele większe. Wielu wiedziało o kamieniach, są przecież częścią tutejszej wystawy. Ostatnio jednak: nic - pustka. Była to sytuacja zupełnie niespodziewana.
Raz jeszcze potarł dłonią swoje wąsy.
- Niezwykłych - przyznał, odpowiadając na pytanie dotyczące umiejętności, jakie musiał posiadać włamywacz. - Ani to zwykłe szkło, ani to zwyczajna kłódka. Ani to zwyczajne drzwi, ani zwyczajne okna. Mógłbym się naprawdę długo rozwodzić nad ilością tutejszych zabezpieczeń, ale czy to ważne w świetle tego, że żadne z nich nie zostało nawet dotknięte? Wygląda pani na mądrą osobę. Pewnie wie już pani, do czego dążę… - I wtedy znów posmętniał.
- Tak, nikt jej nie dotykał… A klucze do gablot znajdują się w moim gabinecie. Teraz jednak - pęk przypięty do jego spodni zabrzęczał głośno, kiedy przerzucił ciężar z jednej nogi na drugą - mam je przy sobie.
Ponownie odetchnął. Widać było, że nie czuł się komfortowo mówiąc aż tyle. Od odpowiadania na pytania zaschło mu w ustach. Pan Shafiq był stary. Tak stary, że jego dłonie drżały bez powodu, kiedy podpierał się o laskę.
- Dwie pary drzwi, z których oba prowadzą do korytarzy. Pierwszy prowadzi do wyjścia z budynku, drugi do sieci innych pomieszczeń.
Słysząc ostatnie z pytań, zmarszczył brwi.
- Nie wiem, pani Bones. O tych kamieniach wie wiele osób, od moich uczniów, przez znajomych, po moje dzieci, wnuków i prawnuków. Ich istnienie nie było sekretem, sekretem było zaś ich zastosowanie. To chyba najbardziej irytujące, że ktoś zrozumiał je lepiej niż ja.