02.02.2025, 21:29 ✶
Patrzyła na Lorraine, jakby analizowała figurę na szachownicy, zastanawiając się, jakiego ruchu może się po niej spodziewać. Były do siebie podobne w sposobie, w jaki traktowały ludzi, ale Lorraine igrała z emocjami, podczas gdy Eden grała tylko rzeczywistością. Lorraine budowała misterne sieci, Eden wolała patrzeć, jak inni zaplątują się we własne. Nie potrzebowała kłamstw ani iluzji - jedynie szczerość obnażoną w najdogodniejszym momencie.
Który z nich nie jest mierny?
Eden uniosła brew, uśmiechając się ledwie zauważalnie. Oczy Lorraine lśniły w półmroku, ale to nie był ten rodzaj blasku, który Eden ceniła - to była odbita poświata, echo czegoś, co wciąż szukało swojego kształtu. Lorraine widziała siebie w mężczyznach, ale to nie mężczyźni powinni nadawać jej definicję.
- Miernota nie jest wrodzona - powiedziała w końcu, głosem spokojnym, ale stanowczym. - Jest wyborem. -
To było coś, w co wierzyła całym sercem. Człowiek rodził się z możliwością wielkości, ale nie każdy miał odwagę po nią sięgnąć. Baldwin miał dar - i co z tego? Mógł pisać najpiękniejsze strofy świata, ale jeśli nie potrafił ich użyć do czegoś więcej, pozostawał jedynie kolejnym głosem w tłumie. Poeci, muzycy, artyści - w swojej bezsilności budowali światy, których nigdy nie mogliby posiadać.
Lorraine manipulowała mężczyznami, bo wiedziała, że to jedyna droga, by ich kontrolować. Eden nie bawiła się w manipulacje, ona stawiała żądania. Panoszyła się na planszy niczym zaraza, przejmując newralgiczne elementy ich życia w taki sposób, by nie dało się jej zignorować. Wkładała but między drzwi a framugę, nie pozwalając sobie ich zamknąć przed oczyma, trwając uparcie jak wół tak długo, aż jej warunki nie zostaną spełnione. Nie prosiła, wymagała. Chciała, aby mężczyźni robili dla niej przysługi z pełną świadomością ugiętego przez siebie kolana.
I dzisiaj postanowiła, że tak samo będzie w jej relacji z ojcem. Patrząc w naiwnie oczarowane oczy Lorraine podjęła decyzję, że czas odwrócić role.
Spojrzała na bukiet lilii przyciśnięty do piersi Lorraine. Piękne, doskonałe, ale martwe. Dary składane na grobach. Lorraine była żywa - tak żywa, jak tylko mogła być kobieta szukająca siebie w cudzych dłoniach. Eden martwiło, że pokładała wiarę w kogoś, coś więcej niż samą siebie. Nigdy nie posunęłaby się tak daleko, by wyśmiewać cudzą religijność, ale zawsze sceptycznie podchodziła do ludzi, którzy liczyli na boską interwencję. W końcu tyle osób modliło się nie raz, aby Eden trafił szlag, a ona nadal na przekór wszystkim stała i miała się względnie dobrze.
Ciekawe jak to jest mieć świadomość, że twój bóg cię nie słucha.
- Możesz im przebaczać, masz wolną wolę. Mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz. - Uniosła brwi niby wyczekująco, licząc, że mimo skłonności ku wierze w bajki, nadal imała się jej rodzinna skłonność do trzymania urazy choćby i na później. Eden miała długą listę osób, z którymi stosunki posiadała pozornie dobre, ale jednocześnie ciągle była gotowa wyciągnąć nań brudy z przeszłości, gdyby zaistniała potrzeba. Ale może to dlatego, że ona nikomu nigdy tak naprawdę nie wybaczała. - Nie przejmuj się żadnymi rzekomymi nieprzyjemnościami. Wręcz przeciwnie, nic nie ucieszyłoby mnie tak, jak możliwość wręczenia komuś jego własnego nekrologu jeszcze za życia delikwenta. Wiesz, gwoli pozostania w klimacie robienia sobie jaj z pogrzebu - oświadczyła z perlistym uśmiechem, który jednak nie dosięgnął oczu Eden. - Skoro jednak takie komentarze nadal do ciebie trafiają, nie chciałabyś zwyczajnie zmienić zajęcia? Wybacz, kruszyno, ale ja również nie jestem zadowolona z faktu, że szlajasz się po Nokturnie. To jest miejsce dla mętów pokroju Mulciberów, nie dla panny z tak dobrej rodziny jak nasza. Nie myślałaś nad tym, żeby się przebranżowić i wyrwać z tej nory? - Przechyliła głowę, patrząc na Lorraine z troską i brakiem zrozumienia jednocześnie. Wiedziała, że to Armand ściągnął ją na te paskudne manowce, ale teraz przecież nie miał już możliwości trzymać jej tam siłą.
- Zawsze przecież możesz pracować dla mnie. I tak miałam kogoś szukać... - mruknęła, jakby sama się jeszcze zastanawiała nad tym pomysłem, ale minę już miała zadowoloną. Przecież komuś musiała kiedyś zostawić swoją spuściznę, a nie zapowiadało się na to, żeby na świecie pojawił się ktoś godniejszy niż Lorraine.
Który z nich nie jest mierny?
Eden uniosła brew, uśmiechając się ledwie zauważalnie. Oczy Lorraine lśniły w półmroku, ale to nie był ten rodzaj blasku, który Eden ceniła - to była odbita poświata, echo czegoś, co wciąż szukało swojego kształtu. Lorraine widziała siebie w mężczyznach, ale to nie mężczyźni powinni nadawać jej definicję.
- Miernota nie jest wrodzona - powiedziała w końcu, głosem spokojnym, ale stanowczym. - Jest wyborem. -
To było coś, w co wierzyła całym sercem. Człowiek rodził się z możliwością wielkości, ale nie każdy miał odwagę po nią sięgnąć. Baldwin miał dar - i co z tego? Mógł pisać najpiękniejsze strofy świata, ale jeśli nie potrafił ich użyć do czegoś więcej, pozostawał jedynie kolejnym głosem w tłumie. Poeci, muzycy, artyści - w swojej bezsilności budowali światy, których nigdy nie mogliby posiadać.
Lorraine manipulowała mężczyznami, bo wiedziała, że to jedyna droga, by ich kontrolować. Eden nie bawiła się w manipulacje, ona stawiała żądania. Panoszyła się na planszy niczym zaraza, przejmując newralgiczne elementy ich życia w taki sposób, by nie dało się jej zignorować. Wkładała but między drzwi a framugę, nie pozwalając sobie ich zamknąć przed oczyma, trwając uparcie jak wół tak długo, aż jej warunki nie zostaną spełnione. Nie prosiła, wymagała. Chciała, aby mężczyźni robili dla niej przysługi z pełną świadomością ugiętego przez siebie kolana.
I dzisiaj postanowiła, że tak samo będzie w jej relacji z ojcem. Patrząc w naiwnie oczarowane oczy Lorraine podjęła decyzję, że czas odwrócić role.
Spojrzała na bukiet lilii przyciśnięty do piersi Lorraine. Piękne, doskonałe, ale martwe. Dary składane na grobach. Lorraine była żywa - tak żywa, jak tylko mogła być kobieta szukająca siebie w cudzych dłoniach. Eden martwiło, że pokładała wiarę w kogoś, coś więcej niż samą siebie. Nigdy nie posunęłaby się tak daleko, by wyśmiewać cudzą religijność, ale zawsze sceptycznie podchodziła do ludzi, którzy liczyli na boską interwencję. W końcu tyle osób modliło się nie raz, aby Eden trafił szlag, a ona nadal na przekór wszystkim stała i miała się względnie dobrze.
Ciekawe jak to jest mieć świadomość, że twój bóg cię nie słucha.
- Możesz im przebaczać, masz wolną wolę. Mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz. - Uniosła brwi niby wyczekująco, licząc, że mimo skłonności ku wierze w bajki, nadal imała się jej rodzinna skłonność do trzymania urazy choćby i na później. Eden miała długą listę osób, z którymi stosunki posiadała pozornie dobre, ale jednocześnie ciągle była gotowa wyciągnąć nań brudy z przeszłości, gdyby zaistniała potrzeba. Ale może to dlatego, że ona nikomu nigdy tak naprawdę nie wybaczała. - Nie przejmuj się żadnymi rzekomymi nieprzyjemnościami. Wręcz przeciwnie, nic nie ucieszyłoby mnie tak, jak możliwość wręczenia komuś jego własnego nekrologu jeszcze za życia delikwenta. Wiesz, gwoli pozostania w klimacie robienia sobie jaj z pogrzebu - oświadczyła z perlistym uśmiechem, który jednak nie dosięgnął oczu Eden. - Skoro jednak takie komentarze nadal do ciebie trafiają, nie chciałabyś zwyczajnie zmienić zajęcia? Wybacz, kruszyno, ale ja również nie jestem zadowolona z faktu, że szlajasz się po Nokturnie. To jest miejsce dla mętów pokroju Mulciberów, nie dla panny z tak dobrej rodziny jak nasza. Nie myślałaś nad tym, żeby się przebranżowić i wyrwać z tej nory? - Przechyliła głowę, patrząc na Lorraine z troską i brakiem zrozumienia jednocześnie. Wiedziała, że to Armand ściągnął ją na te paskudne manowce, ale teraz przecież nie miał już możliwości trzymać jej tam siłą.
- Zawsze przecież możesz pracować dla mnie. I tak miałam kogoś szukać... - mruknęła, jakby sama się jeszcze zastanawiała nad tym pomysłem, ale minę już miała zadowoloną. Przecież komuś musiała kiedyś zostawić swoją spuściznę, a nie zapowiadało się na to, żeby na świecie pojawił się ktoś godniejszy niż Lorraine.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~