• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius

[Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
03.02.2025, 17:39  ✶  

Litha, nawet w sabat, nie wszyscy świętowali. Corio przetarł oczy, próbując skupić się na pracy. Na biurku leżały akta kolejnych zgonów, to był niepokojący trend, który z miesiąca na miesiąc przybierał na sile. W ciągu ostatnich kilku tygodni liczba ofiar rosnąca w zastraszającym tempie, każde kolejne ciało, które trafiało do jego biura, niosło ze sobą historię, a każda historia była bolesnym przypomnieniem o tym, co zaczęło dziać się pod koniec zeszłego roku. Kiedy zbliżył się do kolejnej sterty, na której leżały dokumenty dotyczące ostatniego zgonu, poczuł, jak ciepło w jego sercu znika. W czasie, gdy jego myśli krążyły wokół narastającej ilości spraw, w jego umyśle pojawiło się przerażające przesłanie. Wiedział, że Voldemortem i jego Śmierciożercy dopiero zaczęli, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. To nie był koniec, to był dopiero początek.

W końcu zamknął za sobą drzwi biura koronera, to był bardzo długi wieczór, w jego umyśle wciąż krążyły obrazy straszliwych scen, które na zawsze miały mu towarzyszyć. Zmęczenie po długim dniu pracy, w którym musiał zająć się kolejną sprawą związaną z ofiarą magicznej wojny, ciążyło mu na barkach. Praca koronera była dla niego ucieczką, ale także przekleństwem. To nie tak, że lubił otaczać się zmarłymi, ale w pewnym sensie to dawało mu poczucie kontroli. Wiedział, że może pomóc, nawet w obliczu okrucieństw, jakie niosła ze sobą śmierć. Zajmował się sprawami, które w normalnych okolicznościach byłyby przytłaczające, ale teraz, z myślami ciągle krążącymi wokół Amandy, wydawały mu się wręcz konieczne, żeby mógł przestać myśleć o własnej krzywdzie. Ciemność, która od miesięcy okrywała świat, nie miała zamiaru ustępować. Lestrange wziął głęboki oddech, próbując pozbyć się nagromadzonych emocji, zanim wrócił do domu, gdzie czekał na niego mały Fabian. Powrócił do pracy po długim przymusowym urlopie, który był dla niego bardziej męką, niż odpoczynkiem, ale tego dnia był już zmęczony. Chciał wrócić do domu.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwierających się drzwi w końcu korytarza, prowadzących do wyjścia z piętra. Do pomieszczenia wszedł jego kolega, Edgar, również pracownik departamentu. Wyraz jego twarzy był poważny, a oczy pełne smutku.

- Cornelius, dobrze, że cię złapałem, wszyscy inni są zajęci albo już wyszli. - Zaczął, gdy stanął naprzeciwko niego. - Musisz zobaczyć to miejsce. To, co się stało, jest… Tragiczne.

Lestrange skinął głową, wiedząc, że nie ma sensu pytać o szczegóły. Wiedział, że to, co zastanie na miejscu, będzie przerażające. Zapiął płaszcz i podążył za Edgarem, czując, że jego wieczór, nie tyle jeszcze się nie skończył, co dopiero się zaczynał. Dotarli na miejsce zdarzenia, które znajdowało się zaledwie kilkanaście minut drogi od biura. Dom był zniszczony, a wokół panował chaos. Wszędzie leżały fragmenty mebli, a w powietrzu unosił się zapach dymu i swąd nekromacji. Cornelius poczuł, jak jego żołądek się skręcił. Na podłodze leżało ciało, zaraz obok drugie, kawałek dalej trzecie. Mężczyzna zbliżył się ostrożnie, starając się spojrzeć na to, co stało się z ofiarą. Był to mugolak, którego Cornelius znał z widzenia, ale nie znał jego imienia. Ciało było zmasakrowane, a wokół niego leżały resztki obiadowego serwisu i sabatowej kolacji, najwidoczniej zmarli świętowali w domu.

Cornelius spojrzał za wybite okno, noc była ciemna, ale w oddali dostrzegł błysk światła. Zielonkawy, niemal jak klątwa. Zdał sobie sprawę, że nastał czas, aby zmierzyć się z rzeczywistością, wziął głęboki oddech i przekartkował akta, które musiał uzupełnić, będąc jeszcze na miejscu zbrodni. Ciała, które widział, były często zmasakrowane, te nie stanowiły wyjątku, śmierciożercy nie znali litości. Właściwie nie było to dla niego nowe, ale teraz, po stracie Amandy, każda ofiara miała twarz, miała historię, miała bliskich. Był świadomy, że to, co go czeka w następnych miesiącach, będzie jeszcze gorsze, teraz zapowiadał się długi wieczór.


•••

Litha, którą wszyscy świętowali jako triumf światła nad ciemnością, dla niego była kolejnym przypomnieniem o mrocznych cieniach, które wkradły się do jego życia. Noc równonocy, czas, w którym świętowano światło, miłość i radość, w jego przypadku zamienił się w mrok i ból. Odkąd stracił Amandę, każda chwila była dla niego ciężarem, wspomnienia ich wspólnego życia dręczyły go, nawiedzały go niczym duchy przeszłości. Czuł, jak gorycz i ból wciąż go przygniatały, szczególnie po widoku zastanym w zniszczonym domu, śmierci całej rodziny, w tym małego dziecka, jeszcze w powijakach, wobec takiego widoku, nocne niebo, pełne gwiazd, nie przynosiło mu ukojenia.

Tej nocy, w momencie, gdy wracał do domu z wezwania, czuł, że coś było nie tak. Instynkt podpowiadał mu, że czekało go coś gorszego niż zwykła bezsenna noc. Od końca marca, gdy stracił swoją żonę, Amanda, jego świat zmienił się w koszmar, bezsenne noce były codziennością i nie miały ustać. Zaledwie kilka miesięcy minęło od tragicznej śmierci jego żony, Amandy. Była amnezjatorem dla Ministerstwa Magii, osobą, która miała proste zadanie, nie była brygadzistką, nie pracowała dla ekip szybkiego reagowania, a jednak sama stała się ofiarą. Czystej krwi czarodziejka, która powinna być bezpieczna, zginęła w akcji, w miejscu, które według wszelkich zapewnień miało być chronione. Cornelius nie potrafił zrozumieć, jak to się mogło stać. Nie mógł znieść myśli, że jego ukochana, jego partnerka, odeszła w brutalny sposób, zostawiając go samego z rocznym synem, Fabianem. Z każdą mijającą chwilą jego ból tylko narastał, a ciemność, która zapanowała w jego życiu, zdawała się nie mieć końca. Każde wspomnienie o żonie było dla Corio, jak ostry sztylet, który wbijał się w jego serce, przypominając mu, że nigdy nie będzie mógł jej już zobaczyć. Postanowił wybrać okrężną drogę, żeby ochłonąć, zanim miał znaleźć się w domu.


•••

Teraz, gdy wracał do domu z nagłego wezwania do wyjątkowo paskudnej sprawy, w jego umyśle kłębiły się sprzeczne uczucia. Zbliżał się do kamienicy, w której mieszkał jego przyjaciel, i zauważył blade światło świec przez okno. W ciągu ostatnich tygodni, Corio stronił od ludzi, tym bardziej, że jego najbliżsi przyjaciele, którzy powinni go wspierać, zawiedli go w najciemniejszych chwilach. Chociaż udało mu się nawiązać kontakt z matką chrzestną Fabiana, to wciąż czuł się osamotniony, nie mógł zapomnieć o ostatniej kłótni z ojcem chrzestnym syna, który nagle zniknął, zostawiając go z poczuciem zdrady. Gdy Ambroise powrócił, wyglądał na zdewastowanego i zdystansowanego, więc ich szybko spotkanie przerodziło się w spięcie, podczas którego ze strony Lestrange'a padły bardzo nieprzyjemne słowa. Cornelius nie potrafił zrozumieć, dlaczego przyjaciel chciał się spotkać, skoro miał znowu wyjeżdżać. Dlatego, mimo że w teorii zgodził się na wizytę Roise'a u Fabiana, w celu pożegnania się Greengrassa z malcem, w jego sercu wciąż tlił się gniew. Ich ostatnia rozmowa, pełna oskarżeń i emocji, wciąż była świeża w jego pamięci. Jednak dzisiaj, wracając do domu po jednym z najgorszych wezwań, jakie miał w ostatnim czasie, gdy dostrzegł blade światło świec w oknie mieszkania swojego przyjaciela, który od pewnego czasu był dla niego źródłem bólu i frustracji, z jakiegoś powodu, poczuł, że nadszedł czas na zgodę. Może to była magia tej nocy? Może czuł, że nie może tak po prostu odwrócić się plecami do przyjaciela, który, mimo wszystko, wciąż był mu bliski? Niezależnie od przyczyny, coś w nim drgnęło, gdy zauważył jasność w oknach w mieszkaniu przyjaciela, i postanowił wyciągnąć rękę na zgodę, zanim Roise miał znowu wyjechać.

Zatrzymując się na schodach do budynku, zawahał się z ręką na klamce, przez chwilę z niepewnością spoglądał na drzwi na klatkę schodową, które wydały mu się nagle tak odległe. Ich relacja z przyjacielem, była napięta, pełna nieporozumień, które narastały przez ostatnie miesiące. Czy to był dobry pomysł, nachodzić Roise'a tak późno w nocy, zwłaszcza takiej, sabatowej, w dodatku trudnej? Z jednej strony Cornelius pragnął zgody, z drugiej czuł gniew, złość i żal, które, w jego samoświadomej ocenie, uniemożliwiały mu uczciwe spojrzenie na sprawę. Ich przyjaźń, niegdyś silna i trwała, została wystawiona na próbę przez konflikty, które zdominowały ich życie. Jego najlepszy przyjaciel był dla niego jak brat, ale po tym, co się stało, po jego zniknięciu, po powrocie i po komunikacie o kolejnych planach wyjazdowych, którego Lestrange nie potrafił zrozumieć, ich relacja stała się napięta jak nigdy dotąd. Miał wątpliwości odnośnie impulsu spotkania z przyjacielem. Chciał zakończyć milczenie, które zapanowało między nimi po ostatniej kłótni, ale nie wiedział, czy na pewno tego wieczoru, to mógł być zły pomysł. Odwrócił się na pięcie, ale nie mógł odejść, coś pchało go do działania, coś w sercu Corneliusa zadrżało, a przeczucie, które go nawiedzało, nie dawało mu spokoju. Wszedł po schodach do kamienicy. Pukając do drzwi przyjaciela, na ostatnim piętrze, Cornelius chciał dać mu szansę. Może to była szansa jakieś pojednanie, może to był właśnie ten moment, który mógłby sprawić, że ich relacja znów stałaby się normalna.


•••

Pukając do drzwi, Corio nie usłyszał odpowiedzi, odpowiedziała mu cisza, a on nie zamierzał być natrętny, Ambroise mógł nie chcieć z nim rozmawiać, spać, być z jakąś kobietą, i mimo, że Lestrange nie sądził, by tak było, wtedy tym bardziej nie chciał stawać w obliczu świadomości, że jego kumpel wymienił jego przyjaciółkę na inny model. Zmęczony i pełen wątpliwości, zamierzał odejść, gdy nagle coś zatrzymało go w miejscu, instynkt podpowiadał mu, że coś było nie tak. Zapukał ponownie, bardziej intensywnie, najwyżej miał stanąć przed gniewnym obliczem Roise'a, co przynajmniej byłoby odmianą po tamtym dystansie, jaki na plaży bił od Greengrassa. Gdy nikt w dalszym ciągu nie odpowiedział, Cornelius zmarszczył brwi, znowu to przeczucie, instynkt kazał mu się zatrzymać. Pociągnął nosem, swąd palonego papieru dotarł do jego nozdrzy, a serce zabiło mu szybciej. Po raz kolejny zapukał, tym razem mocniej, a gdy odpowiedzi wciąż nie było, chwycił za klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Brak reakcji ze strony przyjaciela przeszył go zimnym dreszczem. Zdecydował, że nie mógł dłużej czekać, zdecydował się na działanie.

Przeklinając pod nosem, cofnął się, a następnie z impetem wbił się w drzwi, nie wyciągając różdżki, zamiast tego w pełni polegając na swojej fizycznej sile. Cofnął się do krawędzi schodów i z bara, bokiem, wbił się w drzwi, łamiąc je na zawiasach. Stare drzwi ustąpiły z głośnym hukiem, a Cornelius wpadł do środka. Ból przeszył jego ramię, przekleństwo, które stłumił pod nosem, wydało mu się niewystarczające.


•••

Wpadł do środka, jego umysł działał na najwyższych obrotach. Wnętrze było mroczne, a jedynym źródłem światła były migoczące płomienie dogasających świec, które walczyły z mrokiem. Cornelius dostrzegł źródło swądu dymu, przewróconą świecę, a jego oczy natychmiast skupiły się na rozrzuconych kartkach, które leżały na podłodze. Szybko ocenił sytuację. W pomieszczeniu panował chaos, książki leżały porozrzucane na podłodze, a jedna ze świec, której wosk rozlał się po ziemi, została przewrócona, leżała na klepkach podłogowych, wokół niej płonęły kartki papieru. Widok, który go powitał, był koszmarny, ale jeszcze nie zdał sobie sprawy z najgorszego, z widoku, który miał go prześladować przez kolejne lata. Adrenalina krążyła w jego żyłach, gdy rzucił się deptać zalążki języków płomieni, gasząc pożar zanim się rozpętał. Dopiero wtedy, w mgnieniu oka, wyciągnął różdżkę i machnął nią, rozświetlając pomieszczenie. Jego serce zamarło... Był przyzwyczajony do widoku śmierci, ale to, co zobaczył teraz, wstrząsnęło nim do głębi.


•••

Cornelius nie miał czasu na zastanawianie się. Pomieszczenie było pogrążone w chaosie. Wszędzie leżały porozrzucane książki, a wśród nich - jego przyjaciel. Zimno w pomieszczeniu zdawało się przenikać go na wskroś, sprawiając, że jego dłonie drżały. Musiał działać szybko.


•••

- Nie... nie, nie, nie... Co ty, do jasnej cholery, zrobiłeś?!

•••

- Ty zjebie, chory skurwysynu, myślałeś, że to rozwiąże wszystkie twoje problemy? Że to jest jakiekolwiek rozwiązanie?! Przecież mieliśmy razem przejść przez to wszystko! Nie mogę cię stracić, nie teraz! Kurwa, przecież jesteś moim bratem! Nie mogłeś po prostu przyjść i powiedzieć, że potrzebujesz pomocy?!

•••

- Nie, nie możesz mnie zostawić! Nie teraz, nie tak!

•••

- Nie… nie, nie, nie! Co ty, do kurwy nędzy, co do kurwy?!

•••

Czasu było mało, musiał działać. W przeszłości był uzdrowicielem, specjalistą od zatruć, ale teraz nie miał przy sobie nic, co mogłoby mu pomóc. Machając różdżką, próbował przywołać eliksiry, które mogłyby uratować jego przyjaciela, ale z każdą chwilą jego nadzieje malały. Szafki były prawie puste, a w pomieszczeniu panował przerażający chłód.


•••

- Nie zostawiaj mnie, kurwa, nie rób mi tego! Nie mogę przeżyć jeszcze jednej straty! Musisz walczyć, do cholery!

•••

- Proszę, Ambroise, obudź się, cholera! Nie możesz tak po prostu odejść!

•••

- Ty debilu! Myślałeś, że to rozwiąże twoje problemy? Że tak po prostu odejdziesz, a ja znowu będę musiał patrzeć, jak ktoś, kogo kocham, umiera?! Nie! Nie pozwolę na to!

•••

- Ja pierdolę, zawsze musisz być dramatyczny?! Nie mogę cię stracić, kurwa! Nie teraz, nie w ten sposób! To nie jest sposób na ucieczkę!

•••

Machając różdżką, wymieniał wszystkie znane mu substancje, które mogłyby pomóc, ale nic nie działało. Szafki były prawie puste. Coś w nim się załamało, gdy zdał sobie sprawę, że wokół nie było nic, co mogłoby pomóc.


•••

- Obudź się, kurwa! Nie pozwolę ci umrzeć! Nie teraz! Nie zostawię cię! Jesteś moim bratem, do cholery! Jak możesz być tak samolubny?! Nie możesz tak skończyć, rozumiesz?! Nie zamierzam cię zostawić! Nie teraz! Nie w ten sposób!

•••

Zaklęcia, wyrzucał z siebie kolejne formuły, starając się przywrócić życie, które gasło w jego przyjacielu, ale każda próba była daremna. Każde zaklęcie, które rzucił, wydawało się, że tylko pogłębiało chłód w pomieszczeniu. Roise... Leżał tam, praktycznie martwy, otoczony przez ciemność, która miała w sobie coś przerażającego, był nieprzytomny, a jego skóra była tak blada, że niemal prześwitywała, usta miały niezdrowy odcień. Brak reakcji, brak oddechu, brak pulsu. Panika ogarnęła Corneliusa. To nie mogło się dziać. Nie mógł stracić jeszcze jednego bliskiego.


- Nie możesz mnie zostawić, błagam… Nie teraz… Nie tak…

•••

- Proszę... obudź się... Nie zostawiaj mnie, błagam... Nie znowu...

•••

Noc równonocy, czas świętowania światła dla Corneliusa stała się nocą, w której ciemność znowu wygrała.


•••

- Nie zamierzam cię stracić, rozumiesz, zjebie? Nie pozwolę, żeby twoja idiotyczna decyzja, twoje szaleństwo, kosztowało cię życie!

•••

Jego ręce trzęsły się jak w delirium, gdy próbował go obudzić, serce Corneliusa biło jak oszalałe. Czuł, jak gniew przeplatał się z bezsilnością, co potęgowało jego szaleństwo. Dygotał, nie zdając sobie sprawy, że łzy spływały mu po policzkach. Nie mógł uwierzyć, że znowu przeżywał coś tak okropnego. Amanda... Stracił Amandę... Nie mógł jej uratować, nie było go przy niej, gdy umierała. Teraz znowu stał w obliczu śmierci, ale tym razem tu był, był tu, kurwa, był, nie zamierzał się poddać. Nie mógł. Nie mógł stracić jeszcze jednej osoby, nie mógł znieść tego bólu. W jego umyśle przeszły obrazy śmierci żony, jej zimnej dłoni na stole w kostnicy. Teraz to samo działo się z Ambroise’em, a on nie zamierzał na to pozwolić.


•••

- Nie umrzesz, rozumiesz?! Nie możesz mnie zostawić! Jesteś moim bratem, kurwa, nie możesz mnie tak zostawić!

•••

Pamięć o żonie, której nie potrafił uratować, wróciła z pełną mocą. Uderzył pięścią w podłogę, chciał, żeby ból fizyczny na chwilę zagłuszył emocjonalny chaos, który go pochłaniał. Ignorował łzy, które niepostrzeżenie popłynęły po jego policzkach. Nie było go przy niej, gdy umierała, nie mógł jej uratować. Nienawidził się za to, a teraz klęczał nad Ambroisem, bezradny i przerażony. W przypływie bezsilnej furii, zaczął działać. Był tutaj, pojawił się, nie zamierzał odpuścić. Teraz mógł spróbować, mógł ocalić to, co jeszcze było możliwe do ocalenia. Nie wiedział, co robił, nie do końca, jego myśli błądziły, a w umyśle krążyła nieodparta chęć, by oddać Ambroise’owi wszystko, co miał, wszelką energię, którą jeszcze posiadał. Słyszał głosy w swojej głowie, które mówiły, że to szaleństwo, że to nie zadziała, ale był gotów na wszystko. Wziął głęboki oddech, starał się skupić, skoncentrować. Wyciągnął różdżkę, w akcie ostatecznej desperacji, celując nią w siebie.


•••

W tym momencie nie obchodziły go zasady, nie obchodziły go konsekwencje. Jego umysł był w chaosie, a wszystkie myśli krążyły wokół jednego, formuły. Zamknął oczy, koncentrując się na magii, która pulsowała w jego wnętrzu. Czuł, jak energia przepływała przez niego, wypełniając go ciepłem. Wziął głęboki oddech, a następnie, z determinacją, skierował różdżkę w stronę nieprzytomnego ciała. Wrażenie ciepła zamieniło się w paraliżujący chłód...


•••

Wszystko wydawało się trwać wieczność, czas się zatrzymał, a on czuł, jak jego życie zaczyna znikać, gdy energia przepływała do przyjaciela. Z każdą sekundą czuł, jak jego siły słabną, a serce zaczyna bić coraz wolniej. Zaczynał tracić nadzieję, gdy nagle dostrzegł, że przyjaciel drgnął. Cornelius z trudem otworzył oczy, patrząc, jak w ciele Roise'a zaczyna płynąć życie.


•••

Wiedział, że nie mógł wezwać medyków. Ambroise był uzdrowicielem, a jego życie mogłoby zostać zniszczone w jednej chwili, gdyby ktoś odkrył, co się stało. Dlatego musiał wziąć sprawy w swoje ręce, zaryzykować wszystko dla przyjaciela. Nie, nie dla przyjaciela. Ambroise był jego bratem, a bracia zawsze walczyli razem.


•••

W końcu, z wysiłkiem, zdołał podnieść Ambroise'a, z trudem, nie myśląc o tym, jak bardzo był zmęczony, i jak bliski wyczerpania. Każdy krok był walką, ale nie mógł myśleć o zmęczeniu, o bólu mięśni. Liczyły się tylko te chwile, które miały zaważyć na przyszłości ich obu. Miał tylko jedną myśl: nie zamierzał pozwolić, by jeszcze jedna bliska osoba umarła na jego warcie.


•••

- Wiem, że jest, kurwa, ciężko, ale żyj, kurwa, żyj. Nie mogę cię stracić. To tylko nasza sprawa, zjebie. Ty i ja. Zrobimy to razem, przetrwamy, obiecuję.

•••

Litha jeszcze trwała, światło, choć słabe, wciąż walczyło z ciemnością... Kolejne godziny miały zaważyć o wygranej.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2083), Cornelius Lestrange (2812)




Wiadomości w tym wątku
[Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025, 05:04
RE: [Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius - przez Cornelius Lestrange - 03.02.2025, 17:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa