Dotykały go własne dłonie, ale sposób tego dotyku wcale nie zmienił się od tego, co znał. Zmienił się kształt ust i ich nacisk, ale wcale nie zmienił się sposób całowania. Zmieniło się mnóstwo rzeczy. Nie to, że ten zapach mu się podobał ani nie uczucia względem Flynna. Więc objął go tymi rękoma tak, jak ten przerażający zabójca tego zapragnął. Oparł podbródek na jego barku, spoglądając na odbicie przed nimi. Zamrugał parę razy, chcąc ściągnąć tę niewygodną łuskę szarości z gałki ocznej - nie dało się. Była na stale w nią ubrana. Ta miłość, co wiele miała postaci, wyznawana w jakże odpowiednim miejscu! Ktoś by pomyślał, że to garderoba była ulubionym miejscem w domu Laurenta, ale nieee... to było ważne miejsce, ale nie ulubione. Przesuwał dłońmi Flynna po swoim ciele, delikatnie badając palcami strukturę skóry. Znał ją. Znał swoje ciało na pamięć. A jednak teraz wydawało się inne z wielu powodów.
Ten uśmiech pogłębiał się o kolejne milimetry, a ruch jego ciała zdradzał, że te słowa doskonale na niego oddziaływały. Lekko otarł się nosem i szyję Flynna, otarł nogę o jego nogę, nieco chętniej ruszył rękoma, otulając go sobą. Nie odrywając wzroku od lustra, chociaż widoki nie były tak piękne jak te, które widział własnymi oczami. Co było jednak warte tego wszystkiego to ta myśl, że nie tylko Flynn mógł oglądać barwy dotąd niepoznane, ale to, że kiedy teraz nie płakał - był... spokojniejszy. W tej chwili w głowie zaświtało mu słodkie słowo szczęśliwy. Mówił szczerze - chciał Flynna szczęśliwym uczynić. Więc miałby mu to zabierać szybszą odmianą..? Odczarowaniem zaklęcia? Teraz wydawało się to głupim i egoistycznym pomysłem. Zaśmiał się w końcu szczerze słysząc o tych aniołach. Był pewien, że we własnym ciele wprawiłoby go to w jakieś ponure myśli. Powiodło drogą tragizmu przez to, jak łatwo było mówić o tym byciu aniołem. O tej tragicznej drodze tracenia swoich piór ze skrzydeł. Ale tu, teraz, z jego ust? Niech dźwięczą Trąby Niebieskie - tak się właśnie wznosiło do samego Nieba.
- Jak to działa, że nie lubisz poezji, a zawstydziłbyś Lorda Byrona..? - Pocałował jego szyję koło ucha, kawałek niżej, niżej, niżej... - Jakie ja więc miałem szczęście, że postanowił ze mną zostać ktoś, kto dba o mnie na chyba każdej płaszczyźnie mojego upadającego życia? - Postawi dom, zasadzi drzewo... tylko gdzie ten syn? Jego też powinien dać. Och, cóż... błogosławieństwo dla tego dziecka, że nie miało szans urodzić się między tą dwójką. - Jestem tak zachłyśnięty twoją osobą, że pierwszy raz doświadczam w życiu problemów z komplementami. To bardzo niemądre... ale... tak bardzo... kocham każdy fragment twojego ciała... słowa wydają mi się takie blade przy tym pięknie. - Nasunął swoje dłonie na jego, rozbił gorący oddech na jego skórze. Prychnął, słysząc kolejne te zapewnienia i aż na moment wstrzymał oddech, sapnął z rosnącego napięcia. - Biorę takie obietnice bardzo do siebie. - Jak z tym księżycem. Będzie teraz czekał - czekał i sprawdzał, co on wymyśli, jak zrealizuje swoje następne przyrzeczenie. Znowu pojawiła się w nim niecierpliwość - niby znajoma, ale całkowicie inna. Ta niecierpliwość podszeptywała, żeby złapać Flynna za kark i ściągnąć w dół, a przyciągnąć do siebie jego biodra. - Lubisz słuchać komplementów, Flynn? - Zamruczał do jego ucha. To było chore. Powalone. Odwrócenie zabawy będąc w innym ciele. Możliwość doświadczania z drugiej strony. Ta bliskość - ona była dla Flynna językiem miłości. Nie istniało zakochanie bez cielesnego jego wyznawania. Laurent chciał zaprzeczać, że sam tak to widział, ale przecież sam tego potrzebował jak powietrza. Tylko że było nadal w nim sporo niepewności, czy to na pewno jest coś, czego sam chciał doświadczać. Nie potrafisz kochać, bo nie wiesz, co to znaczy kochać siebie. Znajome słowa zadźwięczały w jego głowie. Jakby zachęcały do pokochania tego ciała, które Flynn tak zachwalał. Paradoks - przecież uważałeś siebie samego za narcyza. Więc czemu to takie nieidealne? Wątpliwości mógł mieć, a podniecenie i tak robiło swoje.