To mógłby być idealny wieczór, nie różnił się praktycznie niczym od tych innych wieczorów, które spędzali tutaj razem. No właśnie, praktycznie, bo zdecydowanie atmosfera, jaka wisiała w powietrzu nie była podobna. Nie mieli już stabilności, wiele spraw wymagało dopowiedzenia, a oni zachowywali się tak, jakby wcale tak nie było. Znowu pojawiła się iluzja, zapewne przez to, aby mieć ten pozorny spokój, który miał trwać też nie wiadomo ile. To wszystko trochę ją myliło, przerastało, nie do końca wiedziała, co się między nimi dzieje, właściwie coraz bardziej się w tym gubiła, to mieszało jej w głowie, a i tak ostatnio nie było najlepiej z jasnością jej umysłu. Zbyt wiele informacji, które do niej dotarły było bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnych, nie umiała sobie z tym poradzić, dlatego wybrała tę prostą metodę - udawanie, że to wcale nie wisiało gdzieś w eterze i że musieli do tego wrócić. Tak było prościej - przynajmniej chwilowo.
Jeszcze rano było między całkiem znośnie, noc może nie należała do najprzyjemniejszych, bo musiała jakoś przetrawić to, czego dowiedziała się na temat Caina, ale później udali się do Doliny i Londynu w całkiem normalnych nastrojach (no, na ile to było możliwe w takiej sytuacji), później znowu się zesrało, a teraz znowu siedzieli tutaj ze sobą, jakby nigdy nic. To było mylące, okropnie mylące.
- Oczywiście, że dla zielarza to skrzeloziele będzie bardziej praktyczne. - Ona pewnie miałaby problem z rozpoznaniem tego jakże cudownego zioła, jasne, mogłaby je sobie pójść i kupić, ale dużo prostsze w przypadku Yaxleyówny byłoby rzucenie tego zaklęcia z kształtowania. Ostatnio dosyć sporo ćwiczyła akurat tę dziedzinę magii, właściwie to stała się w niej specjalistką, więc to wydawało się dla niej dużo prostszą metodą na eksplorację podwodnych głębin. - Czy ja wiem, bąblogłowy też się sprawdza na tych większych głębokościach. - Oczywiście nie mogła nie przepchnąć swojego zdania. Yaxleyówna w tym przypadku faktycznie stawiała na kształtowanie.
Zareagowała dość nieprzewidzianie, bo chyba nie spodziewała się, że dłoń Roisa przesunie się z jej uda, w inne miejsce, szybko jednak to przetrawiła i skorzystała z tego, że nadal ma go blisko. Dobrze było znajdować się tuż obok. To pewnie niedługo też się skończy. Jako potwierdzenie tej myśli dostała jego kolejne słowa.
- Tak, to na pewno miejsce warte odwiedzenia. - Nie mogła temu zaprzeczyć, czyż nie, przecież inaczej by skłamała. Na pewno każdy czarodziej powinien spędzić tam trochę czasu, bo mógł poszerzyć swoją wiedzę w wielu dziedzinach, niekoniecznie spodobała się jej dalsza część jego wypowiedzi. - Świetny pomysł, na pewno odnajdziesz tam siebie, czy coś. - Odparła jeszcze, bo przecież nie zamierzała go ograniczać. Jeśli to właśnie chciał zrobić, to kimże była, aby mu zabronić, nie, żeby nie poczuła w tej chwili lekkiej goryczy, ale nie ukrywał przecież tego przed nią, prędzej, czy później zamierzał wszystkim pierdolnąć i stąd spierdolić. Nie chciała w to wierzyć, ale te słowa to potwierdzały.
Nie powinna czuć się rozczarowana, właściwie przecież, ona postępowała podobnie. Znikała na miesiąc, dwa, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie, chociaż ostatnio nie brała tego w ogóle pod uwagę, nie mogła sobie na to pozwolić, bo zbyt wiele rzeczy trzymało ją na miejscu. Nie mogła tak po prostu wszystkim pierdolnąć i spierdolić w Bieszczady... to znaczy do Brazylii.
Zmarszczyła się, gdy z jego ust padło tylko no tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz ze wszystkich. Kurwa, ten kot był różowy, albo jej się wydawało, albo miał fioletowe oczy. Do chuja, coś z nim było nie tak. Nie czuła jednak, żeby był zagrożeniem, więc faktycznie musiał to być jakiś specjalny gatunek kota. Niesamowite, nigdy jeszcze takiego nie widziała, a przecież znała się bardzo dobrze na zwierzętach i wiedziała, że różowe koty nie istniały.
- Och, masz różową, słodką kotkę. Do tego imię od kwiata? Roise, dalej potrafisz mnie zaskakiwać. - Znaczy imię powinno być do przewidzenia, Ambroise często odwoływał się do tych roślinnych porównań, więc w tym przypadku to wcale nie dziwiło jej jakoś specjalnie, ale nigdy nie zakładałaby, że weźmie sobie pod opiekę różową kotkę, w sumie pasowałoby to do tych jego klapeczek, w których czasem gotował. Przymknęła na moment oczy, aby się nie roześmiać, głupio by jej było, szczególnie, gdy on był w tym wszystkim taki poważny.
- Zaklęcie, w sumie to wszystko wyjaśnia. - Teraz przynajmniej wiedziała skąd wzięła się taka nienaturalna barwa sierści tej kotki. Musiało to być potężne zaklęcie, skoro efekt się tak długo utrzymywał.
- Ochujałeś do reszty, co nie? - Nie mogła się powstrzymać przed tym komentarzem, nigdy nie zakładałaby, że Roise skończy z kotem, wydawało jej się, że nie lubił tych zwierząt, zresztą w przeszłości rozmawiali o tym, aby raczej wziąć psy, a ten miał kota? RÓŻOWEGO KOTA? Nie do końca jej się to składało w całość.
- Nie zdziwiłabym się nawet, jakby mi tak zostało, bo, wow, wow, to jest wow. - Nie umiała nawet inaczej ująć tego w słowa, nie była w stanie się napatrzeć na tego zwierzaka, który swoją drogą wydawał się być dość nieśmiały, nie do końca chyba pasował do niej ten ekstrawagancki kolor futerka.
- Długo ją masz? - Nie miała pojęcia, jak właściwie doszło do tego, że stał się właścicielem tego uroczego zwierzątka, więc postanowiła dyskretnie zacząć o to wypytywać.