- Nie, my nic nie musimy. - To przecież było oczywiste, standardowa śpiewka, po którą sięgało każde z nich, nie zamierzała nie skorzystać z okazji i teraz. Co innego gdyby chcieli, zdecydowanie, ale nie dało się ich do niczego zmusić, Roise powinien o tym pamiętać, czyż nie?
Zresztą zbliżał się czas, w którym nieszczególnie przyjemnie było się zanurzać pod wodą, więc tak naprawdę nie było sensu w ogóle rozważać tego wspaniałego pomysłu. W końcu wiedzieli, że mieli ze sobą spędzić trochę czasu, to na pewno nie miało trwać do kolejnej wiosny, nie tego chciał. Nie miała zamiaru więc udawać, że nie zdaje sobie z tego sprawy, wręcz przeciwnie, w końcu to on w dużej mierze o tym decydował.
- Tak, ja wszystko doskonale wiem i rozumiem, czyż nie? - Rzuciła jeszcze, chociaż przecież było zupełnie inaczej, starała się to robić, ale tak naprawdę dalej nie do końca wszystko do niej docierało. Chciał stąd wyjechać, droga wolna, nikt go przecież na siłę tutaj nie utrzyma, nie miała takiej mocy sprawczej, zresztą jak sobie coś upierdolił, to nie było zmiłuj.
- Niby byłeś, ale chciałeś być zupełnie gdzieś indziej, nieprawdaż? - Zresztą nie powstrzymał się przed tym, aby rozpocząć tą wieczną wędrówkę. Nie zamierzała mu tego teraz wyrzygiwać, ale jakoś sam się o to prosił. Z dwojga złego chyba bardziej zdrowym rozwiązaniem była wyprawa gdzieś w pizdu daleko, bo przynajmniej mogła stamtąd wrócić, nigdy zresztą nie podejrzewałaby, że Ambroise postanowi sięgnąć po taką metodę. Nie chciała teraz o tym rozmawiać, naprawdę próbowała zrozumieć to, że wtedy był na skraju, ale nie szło jej to zupełnie. Wydawało jej się, że na pewno istniała inna opcja na to, aby ogarnąć ten problem, który się pojawił, jasne, nie miała wtedy świadomości, jak to wyglądało, nie porzuciłaby go w takiej sytuacji, a jednak to zrobiła, bo kurwa jak zawsze nie powiedział jej wszystkiego. Miała o to też żal do siebie, nie musiał jej przypominać o tym, że postanowiła wyjechać i zająć się sobą, była świadoma tego, że też zachowała się chujowo.
Nie było jednak sensu teraz się na tym skupiać, bo wiedziała dokąd ich to zaprowadzi, miało być całkiem miło i przyjemnie, a byli o krok od rzucania w siebie kolejnymi oskarżeniami, nie chciała teraz tego robić, bo oczywiście, że zdawała sobie sprawę, że do tej rozmowy dojdzie prędzej, czy później, to było nieuniknione.
Psy Yaxleyówny nie wydawały się być szczególnie zainteresowane różową kulką, która się pojawiła, Pierdoła nawet uniosła głowę na chwilę, żeby zobaczyć sprawcę zamieszania, ale praktycznie od razu położyła ją ponownie na podłodze, chyba wolała wrócić do spania.
- Chyba zacznę się bać tego Twojego ostatniego słowa. - Kto wie, czego jeszcze można się było po nim spodziewać, właściwie to w tej chwili chyba mogłaby założyć, że dosłownie wszystkiego. Zabawne, bo przecież wydawał się być ogarnięty i stateczny, jak widać to nadal były tylko pozory.
- Jedna, czyli było ich więcej, to dobrze, że przemyślałeś sprawę. - W końcu wzięcie sobie zwierzaka musiało być bardzo dokładnie przemyślaną decyzją, a nie wpływem chwili.
Pamiętała, że Roise lubił lilie, cóż, wiedziała o nim dosyć sporo, większość z tych rzeczy się nie zmieniła w te półtora roku.
- Mówisz, że to czeka nas wszystkich. - Miała tu na myśli oczywiście tych ich pokroju, którym nie spieszyło się do zmiany stanu cywilnego. Cóż, na pewno nie chciała skończyć z kotem, miała w końcu psy, nie znosiła kotów, więc opcja pozostawała jedna. - Czyli czas zacząć uczyć się szydełkować. - Zdecydowanie to musiał być jej wybór w tym wypadku, cóż, jako, że nie była szczególnie cierpliwa, to raczej nie spodziewała się cudów, prędzej, czy później pierdolłaby takim szydełkiem.
Nie zakładała, że szybko zmieni swój stan cywilny, tak właściwie to wróciła już do tego momentu, w którym zamierzała zostać wiecznym singlem, matka chyba nawet zaczęła oswajać się z tą myślą, chociaż nadal potrafiła wspomnieć o tym, że szkoda, że się marnuje, bo cóż, nie zapowiadało się, aby którekolwiek z jej dzieci wybrało inną drogę. James był chuj wie gdzie - znowu, a Astaroth, cóż, jego życie, a raczej nieżycie było w ogóle mocno skomplikowane. Do tego pozostawała im niereformowalna córka, trudne się wylysowało państwu Yaxley, nie ma się co oszukiwać.
- No tak, byłeś spizgany, to też sporo wyjaśnia. - Kolejny jakże właściwy argument za tym, żeby wziąć sobie zwierzaka. - Wystarczy więc Cię nieco spizgać i jesteś w stanie ulec? - Tak, próbowała znaleźć jakąś instrukcję, jak najłatwiej jest się nim obsługiwać, bo chyba wyszła nieco z wprawy.
- Czy naprawdę muszę Ci to tłumaczyć? No masz oczy, co nie? - To było przecież bardzo oczywiste, takich zwierzaków nie spotykało się często, przynajmniej jej się to nie zdarzało, a akurat ona miała sporo doświadczenia z najróżniejszymi stworzeniami, więc jeśli na niej to robiło wrażenie... no właśnie, to naprawdę musiał to być niecodzienny widok.
- Kto by się spodziewał po Tobie Greengrass nieprzemyślanych decyzji, starasz się mieć nad wszystkim kontrolę, a tutaj proszę. - Och tak, nie mogła się nie oprzeć przed tym komentarzem. W końcu kto, jak kto, ale on? Rzadko kiedy pozwalał sobie na coś takiego, nawet jeśli dotyczyło to jedynie adopcji kota. Faktycznie ochujał do reszty.
Nie spodziewała się tego, co stanie się później, nie zakładała, że ten kot będzie miał chęć sobie z niej zrobić poduszkę. Nie zareagowała w żaden sposób, kiedy na nią wskoczył. Nie umiała się obsługiwać tymi zwierzętami, nigdy nie była kociarą, ale ona zdążyła sie już na niej całkiem wygodnie ułożyć, i co niby Yaxleyówna miała z tym teraz zrobić?
- Może weź tą swoją kotkę, co? - Póki co nawet jej nie dotknęła, musiałaby wyciągnąć ręce spod koca i nie była pewna, czy faktycznie chce to robić.