04.02.2025, 20:45 ✶
Jak mogłem ufać Geraldine? W ostatecznym rozrachunku to ona żyła, a Thoran nie. Już nie miał prawa głosu, nie mógł się bronić, zaś zwycięzca po raz kolejny miał napisać historię... Czy ja też skończę jako potwór?! Którym w sumie byłem, ale... Nie oddam się w tej nowej wersji pod stryczek, nie uniżę głowy, tylko pewnie zginę jako bestia, która rzuciła się na nią znienacka. I CHCIAŁA WYSSAĆ JEJ KREW!
Co właściwie tak też mogło się skończyć. Tak mogło się skończyć nawet ostatnio, gdyby nie interwencja Ambroise’a. Potwór. Byłem potworem. Tak to już się stało. Tak pozostanie. Do mojej ostatecznej śmierci.
Ale w żaden sposób tego z siebie nie wyrzuciłem, nie powiedziałem ani słowa, wpatrując się w Geraldine, jakbym mógł odczytać w jej twarzy jakieś ukryte znaczenia jej słów, jakbym mógł przewidzieć, dzięki jej spojrzeniu, jak ten sen się zakończy. Tyle że... nie mogłem. I nie mogłem odgonić myśli, które pomknęły ku Laurentowi i wspomnieniu tak żywemu, że musiało być prawdziwe, że nie było snem, bo... on tam leżał w moich ramionach. Konał. Mógł skonać, ale rozmawialiśmy. W barze. Chociaż to mogło być inaczej. Może jednak pierwsze po drugim, a nie drugie po pierwszym?
- Bo piłem krew, jego krew... Ale nie wiem, nie jestem pewien, czy potem widziałem go żywego, czy to było naprawdę - stwierdziłem niczym w transie, próbując przywołać prawdziwą linię pamięci, tej związanej z realnym światem, realnym życiem, nie-życiem, egzystencją Chore to było, ale... Sen. Nie chciałem widzieć snów. Nie chciałem ich pamiętać. Jedno mieszało mi się z drugim.
Ale... żyłem? Nieee, jednak nie żyłem. Nadzieja zgasła z moich oczu szybciej niż się w nich pokazała. Jestem wampirem. Dalej jestem wampirem. W.A.M.P.I.R.E.M.
Nie chciałem by widziała to rozczarowanie na mojej twarzy, więc odchrząknąłem. Zmieszałem się. Łudziłem się, ale łudziłem się we śnie. Czy może na jawie? Cóż, nieistotne.
- Powinnaś zrobić sobie wakacje - odezwałem się w końcu by nie było ciszy, tej rozdzierającej mnie od środka ciszy. Miałem ochotę wziąć eliksir i dalej iść spać. Skoro Geraldine nie chciała mnie zabić, to należało jej się pozbyć. - Psy i tak udają, że nie istnieję - przyznałem, choć w duszy sobie dopowiedziałem, że może faktycznie nie istniałem. Łypały na mnie wzrokiem, kiedy naruszałem ich przestrzeń, ale ogólnie mnie olewały. Na początku nie mogły się do mnie przyzwyczaić. Teraz byłem cieniem. Nie śmiercią, tylko cieniem.
- To ja idę... A ty zrób sobie wakacje. Zabierz psy, tak - powtórzyłem, będąc już myślami przy eliksirze. Coś mi z tyłu świergotało, że nie powinienem, bo miałem obowiązki, ale... jakie obowiązki? We śnie?
Co właściwie tak też mogło się skończyć. Tak mogło się skończyć nawet ostatnio, gdyby nie interwencja Ambroise’a. Potwór. Byłem potworem. Tak to już się stało. Tak pozostanie. Do mojej ostatecznej śmierci.
Ale w żaden sposób tego z siebie nie wyrzuciłem, nie powiedziałem ani słowa, wpatrując się w Geraldine, jakbym mógł odczytać w jej twarzy jakieś ukryte znaczenia jej słów, jakbym mógł przewidzieć, dzięki jej spojrzeniu, jak ten sen się zakończy. Tyle że... nie mogłem. I nie mogłem odgonić myśli, które pomknęły ku Laurentowi i wspomnieniu tak żywemu, że musiało być prawdziwe, że nie było snem, bo... on tam leżał w moich ramionach. Konał. Mógł skonać, ale rozmawialiśmy. W barze. Chociaż to mogło być inaczej. Może jednak pierwsze po drugim, a nie drugie po pierwszym?
- Bo piłem krew, jego krew... Ale nie wiem, nie jestem pewien, czy potem widziałem go żywego, czy to było naprawdę - stwierdziłem niczym w transie, próbując przywołać prawdziwą linię pamięci, tej związanej z realnym światem, realnym życiem, nie-życiem, egzystencją Chore to było, ale... Sen. Nie chciałem widzieć snów. Nie chciałem ich pamiętać. Jedno mieszało mi się z drugim.
Ale... żyłem? Nieee, jednak nie żyłem. Nadzieja zgasła z moich oczu szybciej niż się w nich pokazała. Jestem wampirem. Dalej jestem wampirem. W.A.M.P.I.R.E.M.
Nie chciałem by widziała to rozczarowanie na mojej twarzy, więc odchrząknąłem. Zmieszałem się. Łudziłem się, ale łudziłem się we śnie. Czy może na jawie? Cóż, nieistotne.
- Powinnaś zrobić sobie wakacje - odezwałem się w końcu by nie było ciszy, tej rozdzierającej mnie od środka ciszy. Miałem ochotę wziąć eliksir i dalej iść spać. Skoro Geraldine nie chciała mnie zabić, to należało jej się pozbyć. - Psy i tak udają, że nie istnieję - przyznałem, choć w duszy sobie dopowiedziałem, że może faktycznie nie istniałem. Łypały na mnie wzrokiem, kiedy naruszałem ich przestrzeń, ale ogólnie mnie olewały. Na początku nie mogły się do mnie przyzwyczaić. Teraz byłem cieniem. Nie śmiercią, tylko cieniem.
- To ja idę... A ty zrób sobie wakacje. Zabierz psy, tak - powtórzyłem, będąc już myślami przy eliksirze. Coś mi z tyłu świergotało, że nie powinienem, bo miałem obowiązki, ale... jakie obowiązki? We śnie?