Sztuka nie musiała być niczym. Gdyby ktoś go o to zapytał, Crow zapewne powiedziałby, że go to wszystko nie obchodzi, ale Laurent miał rację - wyróżniała go głęboka wrażliwość, emocje przenosiły go z głębokiej melancholii prosto w objęcia doświadczenia gniewu. Jedynym, do czego by się przyznał, to do wiary głębokiej w to, że sztuka potrafiła zmieniać i łączyć. Ona potrafiła budować pomiędzy ludźmi mosty i burzyć mury, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy.
Mówienie było sztuką. Jakąś jej formą, ale też czymś więcej. Dostrzegał to szczególnie jako ktoś z rodziny pełnej osób niewykształconych (w najgorszych przypadkach analfabetów), kto wyszedł z tej grupy, zyskał nową wiedzę i wrócił do niej mogąc poddać wszystko co mówili głębokiej analizie. Zdecydowanie za dużo myślał, ale nie zamierzał tego w sobie zmieniać. Ten dom chciał mu teraz stworzyć, żeby mogli razem czytać książki na kanapie. To drzewo miało tam rosnąć, żeby mógł na nim leżeć i dokonywać właśnie takich analiz. Chciał się rozwijać. Rozkładać ten świat na czynniki pierwsze... tak jak teraz rozkładał go Laurent.
Znów robił się czerwony. Jego oddech przyspieszył nawet bardziej niż kiedy ćwiczył na zewnątrz - bo kiedy odbywał treningi pracował nad jakością tego oddechu, a teraz oddychanie to była jakaś drugorzędna, mało istotna sprawa. Liczyło się krocze przy jego tyłku, zaraz po tym palce zaciśnięte na biodrach. Nie tak to sobie wyobrażał, może i zechciałby coś w tym zmienić, gdyby nie poczuł takiej głupawki - serce mu waliło jak oszalałe i odbierało resztek rozumu. Zaczął się o niego intensywniej ocierać i aż pisnął, kiedy dotarło do niego, że Laurent zaraz zrealizuje tę niemą, błagalną prośbę, albo... Zostawi go takiego. Nie wytrzyma, nie... Nie było szansy, że zniósłby to. Jego ręka była umieszczona tak, żeby czuć jak od każdego słodkiego słowa Crow robił się coraz twardszy. Odbicie pełnej podniecenia buzi nie pozostawało złudzeń - to lustro odbijało obraz kogoś, na kogo takie obietnice działały o wiele lepiej niż brzydkie, brudne teksty, tak często rzucane mu podczas seksu z lekkością, bo sporo osób zakładało, że powinien je lubić. Nie lubił ich. Lubił to.
Stęknął. Napiął się. Próbował mówić, ale to było aż śmieszne jak się w tym gubił, a podjął się tematu wymagającego o wiele więcej skupienia niż sam sobie dał.
- J-je-jst t-
Porażka. Nabrał powtarza i spróbował jeszcze raz.
- Taka m-myśl - przekonanie... albo jak się na to kurwa mówiło - o formuliczności języka. Że to sposób działania a nie narzędzie m-myyśli - i mógł trochę brzmieć jakby bredził, ale miał odpłynąć dopiero po chwili - że to co mówisz przybiera postać b-boga. - Zaplątał się jak kotek we włóczkę. Po co on to w ogóle mówił, skoro powinien teraz wreszcie klęknąć i zrobić to czego tak cholernie chciał. - To coś co istnieje i ma siłę samo w sobie, a n-nie zbitek dźwięków. - Istniały zaklęcia, inkantacje, klątwy i błogosławieństwa. Przysięgi i kazania zmieniały rzeczywistość. On też ją zmieniał. Crow rozpiął rozporek i głośno przełknął ślinę. - Zobacz co z-ze mną robisz - przeniósł jego dłoń tak, żeby go dotknął, najlepiej złapał. - Możesz sobie tymi słowami zdobyć co tylko chcesz. Chcesz tego? Powiedz jeżeli mnie chcesz. Wiesz, że uczynię tę chwilę cudem.
Mówienie było sztuką. Jakąś jej formą, ale też czymś więcej. Dostrzegał to szczególnie jako ktoś z rodziny pełnej osób niewykształconych (w najgorszych przypadkach analfabetów), kto wyszedł z tej grupy, zyskał nową wiedzę i wrócił do niej mogąc poddać wszystko co mówili głębokiej analizie. Zdecydowanie za dużo myślał, ale nie zamierzał tego w sobie zmieniać. Ten dom chciał mu teraz stworzyć, żeby mogli razem czytać książki na kanapie. To drzewo miało tam rosnąć, żeby mógł na nim leżeć i dokonywać właśnie takich analiz. Chciał się rozwijać. Rozkładać ten świat na czynniki pierwsze... tak jak teraz rozkładał go Laurent.
Znów robił się czerwony. Jego oddech przyspieszył nawet bardziej niż kiedy ćwiczył na zewnątrz - bo kiedy odbywał treningi pracował nad jakością tego oddechu, a teraz oddychanie to była jakaś drugorzędna, mało istotna sprawa. Liczyło się krocze przy jego tyłku, zaraz po tym palce zaciśnięte na biodrach. Nie tak to sobie wyobrażał, może i zechciałby coś w tym zmienić, gdyby nie poczuł takiej głupawki - serce mu waliło jak oszalałe i odbierało resztek rozumu. Zaczął się o niego intensywniej ocierać i aż pisnął, kiedy dotarło do niego, że Laurent zaraz zrealizuje tę niemą, błagalną prośbę, albo... Zostawi go takiego. Nie wytrzyma, nie... Nie było szansy, że zniósłby to. Jego ręka była umieszczona tak, żeby czuć jak od każdego słodkiego słowa Crow robił się coraz twardszy. Odbicie pełnej podniecenia buzi nie pozostawało złudzeń - to lustro odbijało obraz kogoś, na kogo takie obietnice działały o wiele lepiej niż brzydkie, brudne teksty, tak często rzucane mu podczas seksu z lekkością, bo sporo osób zakładało, że powinien je lubić. Nie lubił ich. Lubił to.
Stęknął. Napiął się. Próbował mówić, ale to było aż śmieszne jak się w tym gubił, a podjął się tematu wymagającego o wiele więcej skupienia niż sam sobie dał.
- J-je-jst t-
Porażka. Nabrał powtarza i spróbował jeszcze raz.
- Taka m-myśl - przekonanie... albo jak się na to kurwa mówiło - o formuliczności języka. Że to sposób działania a nie narzędzie m-myyśli - i mógł trochę brzmieć jakby bredził, ale miał odpłynąć dopiero po chwili - że to co mówisz przybiera postać b-boga. - Zaplątał się jak kotek we włóczkę. Po co on to w ogóle mówił, skoro powinien teraz wreszcie klęknąć i zrobić to czego tak cholernie chciał. - To coś co istnieje i ma siłę samo w sobie, a n-nie zbitek dźwięków. - Istniały zaklęcia, inkantacje, klątwy i błogosławieństwa. Przysięgi i kazania zmieniały rzeczywistość. On też ją zmieniał. Crow rozpiął rozporek i głośno przełknął ślinę. - Zobacz co z-ze mną robisz - przeniósł jego dłoń tak, żeby go dotknął, najlepiej złapał. - Możesz sobie tymi słowami zdobyć co tylko chcesz. Chcesz tego? Powiedz jeżeli mnie chcesz. Wiesz, że uczynię tę chwilę cudem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.