05.02.2025, 23:06 ✶
Nie powinien tego robić. W głębi duszy widział, że to nie wynikało z obustronnej, pełnej i niewinnej chęci zbliżenia, ale z tego czegoś, co w nim zawsze drzemało niezależnie od sytuacji. Rozumiał to, naprawdę. To jak wiele osób odbierało jego poczynania za uległość, za oddawanie się komuś. Nikt poważny, kto nazywał się panem sytuacji, nie mówił o sobie jak o rzeczy, która mogła być posiadana, ale Flynn nigdy przecież poważny nie był.
Lubił być obiektem pożądania.
To była największa, najprawdziwsza z prawd, najbardziej obdarte z kłamstw zdanie, jakie można było o nim powiedzieć. Może nawet nie lubił - uwielbiał. To, że kręcił we łbie Fontaine, chociaż był jeszcze młody i zupełnie niedoświadczony. Podobało mu się, jak Alexander pada mu do stóp, chociaż ranił go raz za razem. Czuł się bogiem, kiedy ktoś taki jak Cain łamał wszystkie te swoje sztywne zasady, żeby tylko móc zaczerpnąć powietrza z tego samego pomieszczenia co on. Było coś osobliwego w takiej władzy. Nie była brutalna, on przecież nigdy nie lubił wyzysku i wymuszania siłą... Niekoniecznie lubił też takie zmuszanie do uległości, jakiego wielokrotnie zaznał na Ścieżkach, obcując z towarzystwem bardzo spaczonych dusz. Ale... była jeszcze ta władza rodząca się w pełnych napięcia spojrzeniach, w drżeniu dłoni na jego biodrach, w głębokim, palącym pragnieniu, od którego przyćmiewało ci głowę. Uwielbiał? Nie, on to kochał - bycie czyjąś tęsknotą, czymś, od czego nie chciało się uciec. Nie dało się od niego uciec. To dla niego była prawdziwa dominacja - świadomość tego, że kiedy znikałeś, nie dało się zastąpić niczym twojej obecności, a kiedy byłeś, trwałeś jako obiekt bezkresnego oddania. Oczywiście, że o tym myślał. O łańcuchach i rozkazach, o sznurze krępującym ruchy, ale te rzeczy były przecież w większości dla niego. O sobie mówił jak o psie, jak o czymś dzikim, o czymś nieokiełznanym, co wcale nie chciało uginać się pod naporem palców. To jego trzeba było pętać - jego władzą miała być to, że jeżeli nie uśmiechnie się do kogoś danego dnia, temu ciężko będzie oddychać.
Nie powinien tego robić. Tak mu szeptały te iskry dobroci skryte pod płachtami kompletnego zepsucia w tym zakresie. Nie potrafił tego nie zrobić. Bo tak mu mówiła natura, która za wszelką cenę chciała Laurenta zniewolić. Może nie powinien tak o tym myśleć? Miłość... Miłość przecież była czymś pięknym, tak? Czymś cenionym i pożądanym. Potrafiła przyjmować różne oblicza - nie tylko słodkie słowa, czasami przyjmowała oblicze przyspieszonych oddechów, sapnięć, jęków dobiegających z łazienki. Niby tych samych, bo przecież dla postronnego obserwatora ich licznych igraszek niewiele by się zmieniło, a dla nich zmieniało się tak wiele, że nie sposób było pojąć to myślami. Co by mu było z opierania się temu? Odwracałby dalej wzrok, unikał dotyku, zatykałby uszy kiedy znów zechciałby rzucić w jego jakimś komplementem - męczyłby się tak strasznie, a na końcu i tak któryś z nich by się potknął, upadł na ten głód, a jak się już w nim leżało, nie dało się z niego uciec. To psuło jego grę, one zawsze kruszyła się wtedy, kiedy dołączały do niej nachalne ruchy i celowe sprowadzanie rozmowy na tor przyprawiający drugą stronę o gorączkę. Bo to miała być obecność - gdzieś poza pełnym spełnieniem, bo kiedy był czymś w pełni zdobytym, przestawał być tak intensywny. Ale nie mógł się powstrzymać. Ten moment, w którym logika przestawała walczyć i jego ruchom wtórował ktoś napięty do granic możliwości, szepczący coś błagalnym tonem, to też było jakieś zwycięstwo, może nie nad wolą, ale nad ciałem.
Kiedy leżeli razem w wannie i Crow palił papierosa, dając Laurentowi wylegiwać się na sobie jak zawsze i badając ręką zakamarki... swojego (?) ciała, czuł się niemal tak dobrze jak wtedy, kiedy dopuścił go do siebie tamtego dnia po incydencie na plaży, kiedy tak czekał jak gdyby nigdy nic na to, aż się obudzi. Na tarasie. W tej kusej piżamce, czy co to kurwa miało być. Myślał o tym cały czas. O smaku, który jeszcze szczątkowo czuł w ustach. O uderzeniach biodrami, które pchały go na umywalkę, a później wgniatały w szafkę. O tych jękach, o wulgaryzmach i niepoprawnych słowach opuszczających jego usta raz za razem, bo w przeciwieństwie do Laurenta nie potrafił być cicho. Nie kiedy go mógł zalać taką falą skrajnej obsesji, żeby sobie wyrył swoją boskość w głowie przynajmniej do czasu następnego zbliżenia. Był doskonały, zawsze będzie go chciał jeszcze i jeszcze i szybciej i mocniej i... ah.
Podał mu papierosa, żeby go sobie dopalił, a sam zabrał się za przygryzanie płatka jego ucha i długie, delikatne ruchy po jego klatce piersiowej i brzuchu. Zastanawiał się, czy potrzebował powtórki, ale jeszcze nie zadał tego pytania. Sam nie był nawet odrobinę zdziwiony tym, że tej potrzeby nie czuł. Praktycznie zawsze to on inicjował drugi raz.
- Mówiłem to całkowicie serio - szepnął. Nie zwodził go wcale. - Zapleciesz mi ten wianuszek?
Lubił być obiektem pożądania.
To była największa, najprawdziwsza z prawd, najbardziej obdarte z kłamstw zdanie, jakie można było o nim powiedzieć. Może nawet nie lubił - uwielbiał. To, że kręcił we łbie Fontaine, chociaż był jeszcze młody i zupełnie niedoświadczony. Podobało mu się, jak Alexander pada mu do stóp, chociaż ranił go raz za razem. Czuł się bogiem, kiedy ktoś taki jak Cain łamał wszystkie te swoje sztywne zasady, żeby tylko móc zaczerpnąć powietrza z tego samego pomieszczenia co on. Było coś osobliwego w takiej władzy. Nie była brutalna, on przecież nigdy nie lubił wyzysku i wymuszania siłą... Niekoniecznie lubił też takie zmuszanie do uległości, jakiego wielokrotnie zaznał na Ścieżkach, obcując z towarzystwem bardzo spaczonych dusz. Ale... była jeszcze ta władza rodząca się w pełnych napięcia spojrzeniach, w drżeniu dłoni na jego biodrach, w głębokim, palącym pragnieniu, od którego przyćmiewało ci głowę. Uwielbiał? Nie, on to kochał - bycie czyjąś tęsknotą, czymś, od czego nie chciało się uciec. Nie dało się od niego uciec. To dla niego była prawdziwa dominacja - świadomość tego, że kiedy znikałeś, nie dało się zastąpić niczym twojej obecności, a kiedy byłeś, trwałeś jako obiekt bezkresnego oddania. Oczywiście, że o tym myślał. O łańcuchach i rozkazach, o sznurze krępującym ruchy, ale te rzeczy były przecież w większości dla niego. O sobie mówił jak o psie, jak o czymś dzikim, o czymś nieokiełznanym, co wcale nie chciało uginać się pod naporem palców. To jego trzeba było pętać - jego władzą miała być to, że jeżeli nie uśmiechnie się do kogoś danego dnia, temu ciężko będzie oddychać.
Nie powinien tego robić. Tak mu szeptały te iskry dobroci skryte pod płachtami kompletnego zepsucia w tym zakresie. Nie potrafił tego nie zrobić. Bo tak mu mówiła natura, która za wszelką cenę chciała Laurenta zniewolić. Może nie powinien tak o tym myśleć? Miłość... Miłość przecież była czymś pięknym, tak? Czymś cenionym i pożądanym. Potrafiła przyjmować różne oblicza - nie tylko słodkie słowa, czasami przyjmowała oblicze przyspieszonych oddechów, sapnięć, jęków dobiegających z łazienki. Niby tych samych, bo przecież dla postronnego obserwatora ich licznych igraszek niewiele by się zmieniło, a dla nich zmieniało się tak wiele, że nie sposób było pojąć to myślami. Co by mu było z opierania się temu? Odwracałby dalej wzrok, unikał dotyku, zatykałby uszy kiedy znów zechciałby rzucić w jego jakimś komplementem - męczyłby się tak strasznie, a na końcu i tak któryś z nich by się potknął, upadł na ten głód, a jak się już w nim leżało, nie dało się z niego uciec. To psuło jego grę, one zawsze kruszyła się wtedy, kiedy dołączały do niej nachalne ruchy i celowe sprowadzanie rozmowy na tor przyprawiający drugą stronę o gorączkę. Bo to miała być obecność - gdzieś poza pełnym spełnieniem, bo kiedy był czymś w pełni zdobytym, przestawał być tak intensywny. Ale nie mógł się powstrzymać. Ten moment, w którym logika przestawała walczyć i jego ruchom wtórował ktoś napięty do granic możliwości, szepczący coś błagalnym tonem, to też było jakieś zwycięstwo, może nie nad wolą, ale nad ciałem.
Kiedy leżeli razem w wannie i Crow palił papierosa, dając Laurentowi wylegiwać się na sobie jak zawsze i badając ręką zakamarki... swojego (?) ciała, czuł się niemal tak dobrze jak wtedy, kiedy dopuścił go do siebie tamtego dnia po incydencie na plaży, kiedy tak czekał jak gdyby nigdy nic na to, aż się obudzi. Na tarasie. W tej kusej piżamce, czy co to kurwa miało być. Myślał o tym cały czas. O smaku, który jeszcze szczątkowo czuł w ustach. O uderzeniach biodrami, które pchały go na umywalkę, a później wgniatały w szafkę. O tych jękach, o wulgaryzmach i niepoprawnych słowach opuszczających jego usta raz za razem, bo w przeciwieństwie do Laurenta nie potrafił być cicho. Nie kiedy go mógł zalać taką falą skrajnej obsesji, żeby sobie wyrył swoją boskość w głowie przynajmniej do czasu następnego zbliżenia. Był doskonały, zawsze będzie go chciał jeszcze i jeszcze i szybciej i mocniej i... ah.
Podał mu papierosa, żeby go sobie dopalił, a sam zabrał się za przygryzanie płatka jego ucha i długie, delikatne ruchy po jego klatce piersiowej i brzuchu. Zastanawiał się, czy potrzebował powtórki, ale jeszcze nie zadał tego pytania. Sam nie był nawet odrobinę zdziwiony tym, że tej potrzeby nie czuł. Praktycznie zawsze to on inicjował drugi raz.
- Mówiłem to całkowicie serio - szepnął. Nie zwodził go wcale. - Zapleciesz mi ten wianuszek?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.