Rzadko kiedy potrafili nad sobą panować, było tak niemalże od samego początku. Był ten moment, kiedy walczyli z rosnącym w nich uczuciem, ale nawet wtedy sięgali chociaż po drobne gesty. Pamiętała, jak wiele ją kosztowało wtedy, by trzymać swoje ręce przy sobie, by nie przekroczyć granicy. Zaczynała od tego wariować, zastanawiać się nad tym, czy może tylko ona tego chce, na szczęście jakoś udało im się dojść do tego, że odczuwali to samo. To nigdy nie miała być tylko i wyłącznie przyjaźń, to nie było im pisane. Ich drogi skrzyżowały się ze sobą w zupełnie innym celu. Nigdy tego nie żałowała, miłość którą mieli była czymś wyjątkowym, połączyła ich na całe życie - co do tego też nie miała najmniejszych wątpliwości, przecież inaczej po tym półtora roku, który spędzili osobno zatracanie się w nim i z nim nie przychodziłoby jej tak łatwo. Nadal to czuła, może tkwiło to w niej nieco przygaszone, ale gdy znaleźli się w Piaskownicy to ponownie zaczęło płonąć żywym ogniem.
Próbowali podchodzić do tego rozsądnie, nie chcieli przekraczać granic, ale to nigdy nie miało zadziałać, nie w ich przypadku. Zresztą gdy tylko się tu pojawili zaczęli do siebie lgnąć, choć mieli świadomość, że to nie było właściwe. Pewnie nigdy się to nie zmieni, taki miał być już ich los, nie mogli być razem, mieć tego, co kiedyś było dla nich codziennością, ale osobno również nie mogło im być dobrze. Faktycznie zostali napiętnowani przez przeznaczenie.
Nie tak miało wyglądać ich życie. Widziała swoją przyszłość zupełnie inaczej, zawsze u jego boku, tutaj w Whitby, chociaż to miała być tylko weekendowa odskocznia od codzienności. Mieli tu bywać, a z czasem to właśnie to miejsce stało się ich domem. Zaczęli tu pomieszkiwać, gdy zmusiła ich do tego szara rzeczywistość, byli zupełnie sami, z dala od całego świata i wydawało jej się to być właściwe. Nie potrzebowała nikogo więcej. Teraz zresztą to się powtarzało, mieli tu zostać na chwilę, nie określoną przez żadne z nich, nie potrafili wyznaczyć dnia, jeszcze nie teraz. Ich ciała i dusze potrzebowały siebie chociaż na ten krótki moment, który dostali po tym, jak wydostali się z jaskini. To był odruch, przyzwyczajenie, spletli ze sobą swoje dłonie i znaleźli się tutaj, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Wrócili do domu, który nie powinien już być ich domem, a jednak nie widziała w tym nic złego. Chciała trwać tutaj u jego boku, najlepiej aby to się nigdy nie skończyło. Wiedziała, że powrót do codzienności zaboli, zwłaszcza, że wciąż jej powtarzał o tym, że nie mogą znowu się w tym w pełni zatracić, nie mogli być razem, tyle, że to co robili świadczyło zupełnie o czymś innym.
Tutaj zawsze mogli być sobą. Z dala od ciekawskich oczu. Nie musieli się niczym przejmować, żadnymi konwenansami, czy opinią innych ludzi. Mieli swój własny, mały świat, gdzie mogli robić wszystko na co tylko mieli ochotę. To było całkiem wygodne, brakowało jej aktualnie tej beztroski, którą mieli. Spontaniczności, tych wszystkich chwil.
Dobrze im było razem, potrafili ze sobą koegzystować pomimo dość trudnych charakterów, często badali swoje granice, ale zawsze jakoś potrafili się dogadać. Nauczyli się ze sobą żyć, i byli w tym bardzo szczęśliwi. To był właściwie najlepszy czas w jej życiu, chociaż nigdy, przenigdy nie zakładałaby, że coś takiego będzie jej pisane. Nie chciała tego typu stałości, nie sądziła, że się odnajdzie w takiej relacji, szczególnie gdy była młoda i rządna przygód, wystarczyło jednak, aby znalazła się odpowiednia osoba, a jej światopogląd całkowicie się zmienił. Nie widziała już nic złego w spędzaniu czasu tylko i wyłącznie razem, zamknięci w czterech ścianach, wręcz przeciwnie bardzo ceniła te wieczory, gdy nie musieli wychylać się poza drzwi wejściowe. W pełni mogli nacieszyć się swoją obecnością.
Czuła się przy nim bezpiecznie, wiedziała, że nie da jej zrobić krzywdy, miała w Roisie oparcie, zawsze traktował ją poważnie, nie lekceważył tego, co robiła. To było budujące, wtedy, gdy z nim była stała się zdecydowanie lepszym człowiekiem. Zaczęła się przejmować, stawiała sobie granice, których nie mogła przekroczyć, bo miała dla kogo żyć, to było wyjątkowe.
Tutaj nigdy nie chodziło tylko o fizyczność, jasne nie dało się zaprzeczyć, że zachowywali się przy sobie przez te kilka lat jak para gówniarzy, nie umieli trzymać rąk i innych części ciała przy sobie, ale to zawsze było coś więcej. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmowy, cóż, czuła po prostu, że był jej człowiekiem, jedynym, nie sądziła, aby kiedykolwiek z kimkolwiek mogło być tak samo. Nie chciała nawet tego sprawdzać, bo by się rozczarowała. To od samego początku miał być on. Nigdy nie rozważałaby założenia rodziny, przy nim to się zmieniło. Potrafiła sobie wyobrazić ich wspólną przyszłość i małego człowieka, u ich boku. To na pewno byłoby wspaniałe dziecko, na pewno niełatwe w wychowaniu zważając na ich temperamenty, jednak nie wątpiła w to, że byłoby cudowne.
Marzenia się zmieniały, do usranej śmierci okazało się nie mieć większego sensu, więc to wszystko pozostało tylko gdybaniem. Co by było gdyby wtedy od niej nie odszedł, gdyby go odszukała, czy znajdowaliby się teraz gdzieś indziej? Jeśli tak, to w jakim miejscu?
Na szczęście to nie był moment, w którym zamierzała się skupiać na niespełnionych marzeniach. Nie, kiedy czuła pod palcami jego ciepłą skórę, nie kiedy jego usta wyznaczały pocałunkami ścieżkę po jej ciele. To znowu miała być ich chwila, kolejna, którą wykradli tej okrutnej dla nich rzeczywistości. Było to nieco jak pakt z diabłem, bo przecież powtarzali głośno, że nie mogą tego robić, jednak to co robili... było zdecydowanie inne od narzucanej sobie przyzwoitości. To do nich zupełnie nie pasowało, dużo bardziej w ich stylu było właśnie to, co teraz sobie dawali. Zatracenie, na które zasłużyli i którego potrzebowali. Pragnienie tak silne, że musieli je ugasić, tu i teraz.
- Wiem, pamiętam. - Nigdy nie miał problemu z tym, że jej zęby, czy też paznokcie niezbyt delikatnie traktowały jego ciało. Kiedy zatracała się w tych wyjątkowych chwilach z Roisem, cóż zupełnie traciła nad sobą kontrolę, nie panowała nad tym co się z nią działo, więc zupełnie przypadkowo (chociaż nie zawsze) znaczyła jego ciało, pozostawiała ślady po swoim istnieniu.
- Nie mogę zaprzeczyć. - Na pewno by żałowała, nie było innej możliwości, wiedziała, że by jej tego brakowało. To były tylko nic nie znaczące słowa, Yaxleyówna nie zdecydowałaby się odebrać sobie samej tych wszystkich przyjemności, które miały się jeszcze wydarzyć. Tak, czuła bowiem, że to może być dopiero początek ich chwilowego zatracania się w sobie, dzień był przecież całkiem młody, nigdzie im się nie spieszyło, wypadałoby więc jak najbardziej wykorzystać tę okazję.
Nie zamierzała nigdzie się spieszyć, bo dlaczego miałaby to robić? Na pewno potrafiła to zrobić szybciej, jednak chciała się rozkoszować w pełni tym momentem, który sobie dali, jakby odrobinę się bała tego, że może się to nie powtórzyć.
Zresztą musiała się przyłożyć do tego, co robiła, bo w końcu chodziło o pierdolenie Munga, więc zamierzała się wywiązać ze swoich słów bardzo dokładnie, jak najdokładniej potrafiła.
Dłonie Yaxleyówny zaciskały się na udach mężczyzny, miała do nich pewną słabość, rzucała mu co jakiś czas ukradkowe spojrzenia, chcąc dostrzec, czy udało jej się pozbawić go kontroli. To, co robiła zdecydowanie działało, bo Roise zaczął się w tym zatracać. W końcu przestała to robić, skupiła się na tym, aby dać mu wszystko to na co zasługiwał, przecież sam chwilę wcześniej sprawił jej ogromną przyjemność, zamierzała mu się odwdzięczyć tym samym.
Poczuła jego dłoń sunącą po jego plecach, chwilę później zaciskającą się na jej włosach, do tego przyspieszony oddech, wszystko świadczyło, że jeszcze chwila i faktycznie przekroczy granicę, odpłynie. Gdy złapał jej włosy na chwilę odchyliła się do tyłu, aby rzucić mu jeszcze jedno spojrzenie, w którym mógł dostrzec te charakterystyczne iskierki w oczach, które zwiastowały kłopoty, chociaż nie tym razem.
Po chwili jednak jej głowa ponownie się nachyliła, nie mogła w końcu teraz zaprzestać tego, była bardzo bliska dania mu tej przyjemności, na której jej aktualnie zależało. Niemiarowy oddech to był dobry znak, w końcu o to przede wszystkim jej chodziło, zacisnęła mocniej dłonie na udach mężczyzny, liczyło się tylko to, żeby doprowadzić go na skraj, kiedy w końcu przestał się przejmować tym, czego nie mieli mieć.
Chciała doświadczyć tego wszystkiego po raz kolejny, to nie było w końcu niczym nowym, kiedyś mieli to przecież na co dzień, gasili swoje pragnienia, a później rozpalali je na nowo. Teraz miało być tak samo, z oddechem zbliżającej się jesieni gdzieś w tle. Aktualnie jednak jej nie odczuwała, trwało lato, piękne kolorowe lato, a oni znajdowali się w ich wspólnym ogrodzie, jakby teraźniejszość wcale nie miała ich dosięgnąć.