Cieszyło go to, że teraz trochę bardziej rozumiał Flynna. Te emocje, które tak głęboko wchodziły w jego żyły, które były jak wieloletnie drzewo, które musiało walczyć o swoje ukorzenienie. Te myśli, które w części zostawały z nim, ale i w części tkwiły w ciele. Nieodłącznie związane z tym, jak funkcjonował i jak przechodził przez swoje życie. Laurentowi nawet nie podobało się to, że jego skóra na dłoniach była tak dziwnie naciągnięta, tak nieprzyjemnie mu się wszystko łapało w te dłonie. Nie podobało mu się to dziwne uczucie swędzenia na najbrzydszych z blizn, niektóre wręcz... bolały? Wystarczyła jednak długa kąpiel, żeby prawie wszystkie te efekty rozmywały się wraz z mięknącą skórą. Jasne, że musieli teraz wyjść - bo przecież to nie jest tak, że po kąpieli, przed nocą, można tak po prostu się położyć. A przynajmniej nie zamierzał tego robić teraz.
- Też o tym marzyłem. - Przechylił głowę, mając przed oczami wizję tej pięknej uroczystości. Odruchowo zanucił, chcąc wywołać wizję - ale nic się nie stało. Nic się nie zmieniło. I jego głos brzmiał też dziwnie w tym nuceniu - nawet jeśli doskonale wiedział, jak operować dźwiękami, to różnica skali głosu jego a Flynna... ach, nie było co porównywać. Mężczyzn zdolnych wyciągać damskich sopran było przecież paru na krzyż. - To jest romantyczne. - A Laurent był romantykiem całym sobą. Nawet jeśli czasami przeżywał dysonans między tym, jak tu złapać kwiatka, kiedy poci ci się dłoń na randce, a przecież wypada go przekazać, to nie może być taki zmacany i... och, straszne! Okropne dla kogoś, kto chciał, żeby takie chwile były jak z bajki - nawet jeśli bajką nie mogliśmy żyć to mogliśmy uczynić niektóre chwile magicznymi. Teraz ta chwila powinna być bardziej magiczna - gdyby nie to jego małe rozkojarzenie. Podobało ci się w końcu to, że ta wizja była połączona. Że on też tego chciał, też to uważał za romantyczne - nawet jeśli nie mogli. Och, trudno. Będzie przepraszał Bogów, że jednak żadna z niego kobieta. Zaśmiał się cicho, kiedy padło hasło o piorunach. - Przed ślubem powinny być zaręczyny. - Nie te śmieszne, niepoprawne, które... które były żartem, bo Flynnowi nigdy o zaręczenie się nie chodziło. - I proszę się nie śpieszyć. Nie docenię pośpiechu. - Bo to powinna być magiczna chwila! I nie powinna mieć miejsca tu, zaraz, teraz. Więc kiedy? Wybór dnia i godziny - najgorszy koszmar. A Laurent nawet przez milisekundę nie zastanowił się, że przecież rola nie musiała być tu oczywista, czy kto komu oświadczał się będzie. Mógł doświadczać nowego poziomu męskości w tym ciele, ale był nadal sobą. Zgasił niedopałek w popielniczce. - Tak, ja... - ja co? Co ja? Co miał powiedzieć? Prawdę, że znowu maił jakieś deja vu prawie jak ze snu, czy może powiedzieć o tym, że był rozkojarzony przez to, że nie wiedział, czy żałował tego seksu, czy wręcz przeciwnie? - Niee, nie... - Pokręcił głową, z uśmiechem, sięgając po prysznic, żeby spłukać z siebie pianę. - To mnie nie przytłacza. To mnie cieszy. - No i gdzie to wiecznie wyczekiwane "ale"? - Kiedy tak się zastanawiam nad nami to ciągle myślę o tym, gdzie tkwi błąd między twoim chcę a moim brakiem wyczucia tego. Przypomniał mi się znów sen. Chciałeś w nim bardzo iść na festyn, bo dawali tam dobre słodycze. Zawsze na niego czekałeś - ten konkretny festyn. A ja nie wiedziałem, co mam zrobić. Chciałeś tam iść - więc to było naturalne, żeby tam iść. Wypełniać czyjeś oczekiwania. Spełniać czyjeś fantazje. Zamiast tego powiedziałeś, że wcale nie musimy. Że jeśli chcę posiedzieć w tej wannie to możemy. Pooglądasz fajerwerki z okna, albo wcale. - Miał wrażenie, że przynajmniej na ten moment pod jego skórę wsunęło się zrozumienie. Jak korzenie drzewa. Powoli wyszedł z wanny, ale tylko po to, żeby się do niego obrócić i opłukać teraz jego. - Ty niewiele mówisz o tym, czego naprawdę chcesz. Ja przywykłem do tego, że ludzie mówią, czego pragną. Ty chcesz spełniać moje marzenia. Ja chcę spełniać pragnienia innych. Czy my się tu nie spotykamy..? W tym punkcie potrzeby spełniania życzeń, żeby chociaż przez chwilę poczuć się potrzebnymi? - Spojrzał w oczy Fly... swoje oczy. Trochę je przymrużył, bo w tych półcieniach łazienki gorzej widział. - Czuję się często bardzo niepewnie, bo nie wiem do końca, co ci odpowiada, a co nie... a to, czego nie chciałbym najbardziej to męczyć cię czymkolwiek. - Przesunął rękoma po jego długich nogach. Nie brzmiał wcale smutno, wręcz przeciwnie. Ciepło biło z jego głosu i z jego oczu. - Ale z perspektywy czasu wydaje mi się głupie, że czasem tak namolnie doszukuje się tych potwierdzeń. Nie dlatego, że źle robię, martwiąc się o twój komfort. Dlatego, że jesteś uparty i kiedy na coś już ustalisz azymut - pozwalasz sobie na przeoczenie ulubionego ciasta, bo wolisz spełnić moją zachciankę. - Zakręcił wodę i wyciągnął po Flynna dłonie, żeby mu pomóc wyjść z wanny. - I może, koniec końców, najbardziej głupio mi powiedzieć, jak bardzo mi dobrze z tym, że ktoś taki pojawił się w moim życiu. Z tym, że mogę sobie na to pozwolić, bo ciebie to nie krzywdzi tak, jak ja nad tym dramatyzuję. Stawianie siebie na pierwszym miejscu... to przywilej. Ale pewnie nie zdziwi cię to, że wolę zejść z tego podium na miejsce drugie, żebyś ty stawał na pierwszym miejsc na zmianę ze mną. - Ucałował go łagodnie w czubek nosa po otuleniu go ręcznikiem.