Zastanawiała się, czy nie popełniła jakiegoś błędu nazywając go oficjalnie panem. Norka starała się być przesadnie kulturalna, tak, że może faktycznie można było uznać to za niewłaściwe. Stąd wzięła się treść jej listu, bardzo oficjalna, ale podchodziła profesjonalnie do wszystkiego, czym się zajmowała, chociaż mogłoby się wydawać inaczej, kiedy się na nią spoglądało. Nie wyglądała bowiem szczególnie poważnie w tych swoich charakterystycznych strojach. Trochę ją martwiło to, że być może spowoduje to między nimi jakiś dystans, czy niepotrzebną sztywność, chociaż z drugiej strony Cornelius chyba próbował się jej pozbyć poprzez ten list, który jej wysłał? Cóż, miała się o tym za chwilę przekonać, bez sensu było się stresować tym, co wcale miało się nie wydarzyć. Musiała się doprowadzić do porządku i nie przejmować takimi pierdołami, co wcale nie było takie proste, bo Figgówna przejmowała się dosłownie wszystkim. Taki już jej urok.
Z rozmyślań wyrwał ją głos mężczyzny, który wyłonił się zupełnie znikąd. Powinna być chyba bardziej czujna? Tak, wypadałoby, cóż, to akurat nie było dla niej typowe. Uśmiechnęła się ciepło na przywitanie, jak to miała w zwyczaju. Może nie znali się jakoś szczególnie, ale naprawdę była mu wdzięczna, że nie zignorował jej prośby, zważając na to, że ostatnio nie był szczególnie aktywnym członkiem Towarzystwa Herbologicznego. Doceniała to, że zgodził się jej dzisiaj towarzyszyć, to było miłe. - Dzień dobry! - Odparła z nieukrywanym entuzjazmem. Naprawdę nie mogła się doczekać, aż wejdą do tych ogrodów i będą mogli zobaczyć na własne oczy to, co się tam wydarzyło. W końcu jak do tej pory miała przyjemność jedynie o tym czytać.
- Wydawałeś mi się być idealnym towarzyszem. - Rzuciła jeszcze szybko, próbując się przy tym nie zaczerwienić. Cóż, Lestrange był mężczyzną, który wzbudzał respekt. Wysoki, postawny, do tego elegancko ubrany. Cóż, robiło to na niej wrażenie, zgodził się jej towarzyszyć mimo, że znali się raczej słabo, to naprawdę było miłe, a Norka ceniła sobie takie gesty.
- Och, prawie zapomniałam! - Wręczyła mu pakunek, który trzymała w dłoniach, miała nadzieję, że mężczyzna nie będzie miał nic przeciwko temu. - Moje słodkości. - Powiedziała cicho, żeby miał świadomość, co znajdowało się w pakunku, w końcu czasy były wątpliwe, głupio by było, gdyby sobie pomyślał, że chce mu zrobić krzywdę wręczając w jego ręce coś nieodpowiedniego. To były tylko małe, słodkie, przepiękne bezy, które prosiły się o pożarcie.
Pierścionek mienił się zapewne w świetle słonecznym, był dość specyficzny, jeden duży żółty kamień, tak właściwie to nie był kamień, a żywica, otoczone ośmioma, mniejszymi kamykami. Na pewno nie był to typowy pierścionek zaręczynowy, ale w pannie Figg ogólnie brakowało chyba szablonowości. - Dziękuję, to całkiem świeże. - Rzuciła lekko. Miał być ślub, o którym jeszcze za bardzo nie myślała, bo tak wiele się ostatnio działo, że nie miała na to czasu. Nie była typową przyszłą panną młodą, która przepadłaby w tych wszystkich przygotowaniach, cóż - przyszło im żyć w dosyć ciężkich czasach, które nieco komplikowały takie sprawy.
- Idziemy do środka? - Zapytała jeszcze, bo chyba czas najwyższy przekroczyć te bramę. Była naprawdę, okropnie ciekawa, co zastaną w ogrodach.