Prychnęła głośno, kiedy usłyszała kolejny komentarz mężczyzny. Widać sprawa tego awansu mocno go bolała, zresztą nie dziwiło jej to wcale, od lat przecież robił naprawdę wiele, aby zająć swoje wymarzone stanowisko, tyle, że nie mógł się przebić przez to, że te najlepsze posadki zgarniano przez koneksje. Już dawno wspominała mu że, to nie ma sensu. Głową muru nie przebije, czy coś... - Nie spodziewaj się cudów Roise. - Życzyła mu jak najlepiej, no ale zdawała sobie sprawę, jak wyglądała sytuacja.
Ogólnie Yaxleyówna uważała, że najlepiej jest pracować samej dla siebie. Przynajmniej nikt nie mógł jej zwolnić, miała czas na wszystko i mogła brać tylko te zlecenia, które faktycznie ją interesowały, to miało bardzo dużo plusów. Zresztą po swoim dość krótkim doświadczeniu, jako pracownica ministerstwa wiedziała o tym, że trudno byłoby się jej podporządkować komukolwiek. Nie była osobą, która akceptowała każde polecenie, które przychodziło od kogoś z góry. Nie miała pojęcia dlaczego Ambroise jeszcze nie zdecydował się na podjęcie odpowiedniej decyzji. Mógłby otworzyć coś swojego, bez większego problemu, szczególnie, że i tak świadczył prywatne usługi.
- Tak właściwie, to nie powinnam obawiać się żadnych ataków, jestem przecież sobie w stanie poradzić ze wszystkim. - W końcu była potężną czarownicą, która umiała sobie radzić z każdym niebezpieczeństwem, nie byli jej straszni czarnoksiężnicy, a zwłaszcza ten, z którym aktualnie pomieszkiwała. Jego ataki w stosunku do jej osoby... cóż, były bardziej przyjemnością, niżeli sytuacjami, w których powinna się martwić o to, czy stanie się jej krzywda.
- Akurat tego mogłam się spodziewać. - Znała go, miała świadomość, że ten brak wylewności jest dla niego normalny, często musiała się domyślać pewnych rzeczy, nigdy jej jednak to nie przeszkadzało. Taki już był, czyż nie? Przywykła do tego, zresztą, czy ona sama się w tym różniła. Też nie należała do osób, którym łatwo przychodziło mówienie, jeśli już coś faktycznie ją męczyło to była dość bezpośrednia, ale najczęściej odmrukiwała po prostu MHM i tyle by było z jej gadania.
Nie mieli jednak z tym problemu w tej chwili. Siedzieli razem na tej kanapie, dyskutowali o pierdołach, jakby wcale za murami tego domu nie czekała na nich szara rzeczywistość. Opuszczenie tego miejsca na pewno ich zaboli, zdawała sobie z tego sprawę, lecz aktualnie nie chciała się tym przejmować. To wszystko było zbyt skomplikowane, zresztą, czy do końca sami wiedzieli, czego chcieli? Nie postępowaliby w ten sposób, gdyby do końca byli pewni tego, co robią. Mimo, że słowa które między nimi padły mówiły jedno, to robili coś zupełnie innego.
- To musiały być naprawdę potężne uda, zważając na to jaki jesteś wielki. - Nie sądziła, że tak łatwo jest go przewrócić, zresztą sama miała w tym doświadczenie. - Zgorszenie przez siostrę? Roise, tego się po Tobie nie spodziewałam. - Wolała sobie nie wyobrażać tej całej sytuacji, ale miała świadomość, że niektórzy mieli spore kije w dupie i ciężko było im zaakceptować to, że niektóre rodzeństwa były ze sobą dość blisko, oczywiście, nie, aż tak blisko, ale jednak.
- Tyle, że my nie mówimy o whisky, co? - Lubiła wbijać mu te drobne szpileczki. Nie, żeby miała coś złego na myśli, sama uważała, że wiek tak naprawdę nie miał najmniejszego znaczenia i nie rozumiała tego parcia na zmianę stanu cywilnego, bo to przecież było bez znaczenia. Przez to niektórzy wchodzili w jakieś dziwne relacje, aby nie zostać skazani na te nie do końca wygodne komentarze.
- Tak, to prawda, u kobiet to wygląda jeszcze gorzej, czyż nie? Tyle, że ja nigdy nie byłam dobrą partią. - Wręcz przeciwnie, Yaxleyówna w końcu była specyficznym elementem na tle innych czystokrwistych panien. Jej największą wadą wcale nie był ten nie do końca młody wiek, tyle cała reszta otoczki, którą wokół siebie roztaczała.
- Czy Ty mi grozisz, czy coś obiecujesz Roise? - Jasne, na pewno nie zamierzał teraz sprawdzać jej gotowości, bo to nie miałoby najmniejszego sensu, brakowałoby w tym najważniejszego elementu, a mianowicie zaskoczenia. Zamierzała być jednak czujna niczym ważka, w sumie to zawsze przecież była.
Może i dobrze, że uznał, że nie chce się z tym dzielić przez wzgląd na jego słowa. Nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby się wymigać z tej opowieści na temat kota, a zdecydowanie nie wolała poruszać zbyt dogłębnie tego tematu. To było jedno z jej życiowych potknięć, do którego wolałaby po prostu nie wracać. Na szczęście udało jej się uniknąć tej kompromitacji.
- To też się nie zmieniło, nigdy nie umiałam kłamać. - W końcu była całkiem prostym człowiekiem, można z niej było czytać niczym z otwartej księgi, czyż nie? To pozostawało niezmienne. Zresztą jakoś szczególnie jej to nie przeszkadzało, nigdy nie widziała sensu w tym aby grać, udawać kogoś kim nie była, naturalnie przychodziło jej sięganie po prawdę, nawet tą najgorszą.
Tę jakże przyjemną rozmowę przerwał dźwięk dzwonka. Cóż, musieli wrócić do rzeczywistości. Kolacja była dość istotną sprawą, miała szczęście, że Roise się tym zajmował, inaczej pewnie byliby głodni, zawsze to robił. Przesunęła się nieco do przodu, aby ułatwić mu wyciągnięcie ręki spod jej pleców, musiała go wypuścić, chociaż niekoniecznie tego teraz chciała.
Została więc w salonie sama, z tym całym zwierzyńcem, nie przestawała głaskać tego uroczego kotka, który siedział na jej kolanach, podejrzewała, że psy zaraz się poruszą bo wyczują szansę na wyżebranie jakiegoś jedzenia.