Z jednej strony nie był zdziwiony przesadną oficjalnością Eleonory, w końcu, gdy widziała go w jedynie w eleganckim garniturze, mogła wyrobić sobie zdanie, że był osobą, która nie znosiła luzu i swobody. Krawat stał się jego drugą skórą, a od momentu, gdy Corio zrezygnował z nocnych wypraw, przestał spędzać wieczory w barach i pubach, by zająć się wychowaniem małego synka, jego styl życia uległ drastycznej zmianie. Wydawało się, że za każdym razem, gdy wychodził z domu, przywdziewał na siebie nie tylko formalne ubranie, lecz także niewidzialną powłokę dystansu, która odgradzała go od świata.
Z perspektywy osób, które go nie znały, rzeczywiście mógł sprawiać wrażenie sztywniaka. Pełnienie funkcji w Ministerstwie Magii wiązało się z obowiązkiem bycia „na poziomie”, tak samo jak czystokrwiste pochodzenie, zwłaszcza z rodu takiego jak Lestrange'owie. Z zewnątrz emanował powagą, która odstraszała wielu, którzy mieli okazję go poznać tylko w przelotnych sytuacjach. Na salonach, pośród elity oraz wśród dalszych znajomych i współpracowników, Cornelius zawsze był postrzegany jako człowiek o nienagannym stylu. Jego eleganckie ubrania, zawsze idealnie skrojone i starannie dobrane, i nienaganny wygląd sprawiały, że w oczach przypadkowych przechodniów jawił się jako osoba nadmiernie formalna. W rzeczywistości, dla tych, którzy go nie znali, jego styl noszenia się mógł budzić pewne obawy. Był świadomy, że jego wizerunek mógł być mylący, że w oczach innych mógł jawić się jako ktoś nieosiągalny i zdystansowany, człowiek systemu, zadufany w sobie snob, „na pewno klasista”.
Wbrew pozorom, Cornelius nie miał zamiaru straszyć kobiet, zwłaszcza tych, które wydawały się miłe i urocze. Takich jak Nora, która w jego oczach była miłą, ładną kobietą, jedną z tych, które kiedyś z łatwością przyciągnęłyby jego uwagę i uśmiech. W przeszłości, kiedy jeszcze nie miał na głowie obowiązków rodzicielskich, z łatwością nawiązywał kontakty z takimi osobami. Nie czuł się dobrze w roli straszaka, jednak w miarę jak czas mijał, obawiał się, że mogło być już za późno, aby zdjąć z siebie tę maskę. Jego elegancja, choć świadoma i przemyślana, czasami przytłaczała go samego, tworząc mur, który trudno było zburzyć. Czasami zastanawiał się, jak to się stało, że jego życie przybrało taką formę. Nie znał odpowiedzi.
Eleonora, z jej swobodnych sposobem bycia, wzbudzała w nim sympatię. Po wspólnych poszukiwaniach zaginionego kota w Dolinie Godryka, miał nadzieję, że ich dalsze relacje rozwiną się w przyjemny sposób. Był zaskoczony, gdy zamiast swobodnej wymiany korespondencji, która mogłaby zrodzić się z ich wcześniejszych interakcji, Nora zaczęła zwracać się do niego per „Pan”. Decydując się na spotkanie w sprawie czarnych róż w rozarium, Cornelius liczył, że ich rozmowa mogła przybrać nieco bardziej naturalny ton. Słowa kobiety o tym, że wydawał się być idealnym towarzyszem, przyjemnie go zaskoczyły. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że atmosfera była o wiele bardziej przyjemna, niż się spodziewał.
- Dziękuję za miłe słowa. - Odpowiedział, starając się, by jego głos brzmiał swobodnie. - Z pewnością dużo wiem o tych terenach. Cieszę się, że mogę odwiedzić je z kimś, kto również doceni ich urok, a przy okazji, jak i ja, interesuje się najnowszym fenomenem. - Dodał spokojnie, starając się, aby jego ton był ciepły i zachęcający, wiedział, że miał do zaoferowania znacznie więcej niż tylko suche fakty o roślinach.
Zaskoczyło go, kiedy Eleonora wyciągnęła ku niemu pakunek z słodyczami, spojrzał na nią z wahaniem, nieco zaskoczony tym miłym gestem. Po chwili wahania, ostrożnie przyjął paczuszkę, a jego oczy spoczęły na zawartości, kwiatowe bezy, pięknie zdobione i wyglądające jak małe dzieła sztuki, sprawiły, że uśmiechnął się lekko.
- Są prześliczne, dziękuję, nie trzeba było się kłopotać. - Powiedział, a w jego głosie brzmiała szczerość. Nie dodał, że sam nie był fanem słodyczy, a takie smakołyki wolał podziwiać oczami, niż smakować. - Na pewno spodobają się mojemu synowi. - Powiedział, czując, że chociaż chciał być uprzejmy, to jednak nie chciał, żeby czuła, że musi go obdarowywać. Mimo to, był wdzięczny za jej gest, i ostrożnie trzymał pakunek, jakby obawiał się, że mogł go zniszczyć.
Mimowolnie sięgnął, żeby obrócić obrączkę na palcu, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że on sam już jej nie nosił, zniknęła jakiś czas temu, zgubił ją, prawdopodobnie podczas pracy w terenie. Ta myśl przyćmiła jego uśmiech, chociaż wciąż starał się wyglądać na pogodnego, to ta świadomość przyniosła mu nagłe poczucie smutku, które zamigotało w jego oczach. Na całe szczęście, szybko zdołał przywrócić na twarz uśmiech.
- Wobec tego, skoro twoje zaręczyny to nowość, tym bardziej ci gratuluję. - Powiedział z serdecznością, a w jego głosie brzmiała szczerość, mimo tego, że czuł pewien smutek związany ze swoją utratą, potrafił cieszyć się szczęściem drugiej osoby. Po chwili, kiedy emocje nieco opadły, skinął głową, przystając na jej propozycję. - Tak, możemy wejść na teren. Powinniśmy zobaczyć, o co chodzi z tymi różami. - Ostatnie słowa wypowiedział z entuzjazmem, próbując skupić się na wspólnym celu, który miał ich połączyć, zamiast na własnych, osobistych wrażeniach.
W tym momencie, elegancko przepuścił ją przodem, a jego gest był pełen szacunku i grzeczności. Przekraczając bramę, przypomniał sobie, jak jako dziecko biegał po tym ogrodzie, poznając różnorodność roślin, które tu rosły, każdy zakątek przywoływał wspomnienia. Lubił to miejsce.