Cornelius wstał wcześnie, chociaż miniona noc była daleka od spokojnej. Mały panicz Lestrange miał za sobą długi dzień, a noc w rezydencji ciotki, choć pełna delikatnych dźwięków górskiego otoczenia, nie była dla niego łatwa. Zszedł z łóżka, starając się nie budzić syna, i spojrzał na zegarek. Zegar na ścianie wskazywał szóstą trzydzieści, Fabian wciąż spał w pokoiku obok, z twarzą wtuloną w poduszkę, a jego oddech był miłym przypomnieniem, że życie toczyło się dalej, mimo trudnych chwil, jakie wszyscy przeszli. Cornelius uśmiechnął się na widok syna, poprawiając mu kołderkę, z westchnieniem postanowił nie budzić dziecka, które potrzebowało jak najwięcej wypoczynku. Z ulgą, że Fabian nie otworzył niebieskich ślepi, tylko dalej spał, mężczyzna wciągnął na siebie sportowe ubrania, które wydawały się idealne do zaplanowanej przebieżki po lesie. Wyszedł na balkon, gdzie rozpościerał się widok na majestatyczne góry na horyzoncie, lasy i pola, które otaczały rezydencję. Powietrze było rześkie, a delikatny wiatr unosił zapach kwiatów w donicach.
Gdy spojrzał w dół na taras, zauważył swojego przyjaciela, który siedział po turecku na deskach. Ambroise przeglądał papiery, które rozłożył na tarasie, skupiony na czymś, co zdawało się wymagać jego pełnej uwagi. Cornelius nie chciał przerywać mu tego momentu, więc po prostu uniósł wzrok, stał w drzwiach balkonowych, podziwiając widok.
Zszedł na dół, po kilku minutach, mijając niewielką kuchnię, gdzie skrzaty domowe ciotki przygotowywały śniadanie. Poczuł intensywny zapach świeżo parzonej kawy oraz smażonego bekonu, pachniało świeżym chlebem i ziołami zerwanymi z ogrodu, jajecznicą i słodkimi bułeczkami. Cornelius skinął głową na powitanie, gdy skrzaty odezwały się, zapewniając go, że wszystko było pod kontrolą i śniadanie miało być gotowe o siódmej.
Zdecydował, że to idealny moment, aby wyjść na taras i sprawdzić, co robił Ambroise. Jego najlepszy przyjaciel przebywał w tym miejscu od kilku dni, zazwyczaj w tym samym miejscu, co rano, a Cornelius miał nadzieję, że spędzony czas w górach pomoże mu w rekonwalescencji. Przez ostatnie tygodnie mężczyzna czuł na sobie ciężar odpowiedzialności, bo to on uratował Ambroise’a w najciemniejszym momencie jego życia. Od tamtego tragicznego dnia, kiedy jego przyjaciel prawie stracił życie, Corio był u jego boku, starając się pomóc mu wrócić do rzeczywistości. Często myślał o tym, jak blisko było do tragedii, gdyby nie jego szybka reakcja. Wiele razy zastanawiał się, co przeżywał Roise, ale nigdy nie miał odwagi zapytać wprost, w olał dawać mu przestrzeń, by mógł odpowiednio przetrawić swoje myśli.
Kiedy wyszedł na taras, poczuł przyjemny chłód poranka. W powietrzu unosił się zapach igliwia oraz roślin, które rosły wokół rezydencji, w oddali widać było majestatyczne szczyty górskie, a niebo miało intensywny, błękitny kolor. To był piękny dzień. Cornelius rozejrzał się, a jego wzrok zatrzymał się na przyjacielu, który siedział na deskach tarasu, przeglądając dokumenty. Ambroise wydawał się zamyślony, a jego blond włosy lekko falowały na wietrze. Miał na sobie koszulę, która była rozpięta, siedział boso boso, a jego spodnie były lekko pomięte. Przyjaciel był równocześnie ubrany i nieubrany, ale Corio postanowił tego nie komentować. Nie zamierzał wytykać Roise'owi narażania się na przeziębienie, wiedząc, że jego przyjaciel zmagał się z wieloma demonami, a niektóre z nich wymagały czasu i przestrzeni, by je oswoić, i bardzo niekonwencjonalnych sposobów postępowania. Ważniejsze było to, że Ambroise był tutaj z nimi, żywy, wśród gór, z dala od szarej rzeczywistości, która go przytłaczała.
Teraz, w ten piękny poranek, Ambroise przeglądał jakieś papiery, siedząc po turecku na deskach tarasu, w luźnych ubraniach, które wydawały się znacznie bardziej wygodne niż eleganckie. Lestrange nie mógł się powstrzymać od uśmiechu na ten widok.
- Skrzaty robią śniadanie. - Powiedział, wskazując na wnętrze domu, gdzie słychać było brzęczenie garnków, po czym zajął miejsce obok Greengrassa, na stojąco, opierając się o balustradę tarasu.