08.02.2025, 01:38 ✶
Kiedy Laurent przechylił głowę, Flynn przełożył papierosa do mokrej dłoni, żeby pogłaskać go tą suchą. Pocałował go we włosy, odrobinę rozkojarzony tym, że nie była to ta jego kochana blond czupryna, tylko ciemne, grube pukle kręcące się we wszystkie strony.
- Dobrze, księżniczko. Ale myślałem, że Beltane i Litha to właśnie czas zaręczyn - zauważył. Może i nie siedział głęboko w sprawach wiary, bo miał swoje wyryte mocno przekonania, z których rezygnować nie chciał, ale Koło Roku było podstawą życia Fantasmagorii i rozumiał sposób jego działania. To jak rządziło życiem czarodziejów, do czego ich pchało, do jakich tradycji i rytuałów zachęcało i dlaczego robiło to w tym konkretnym czasie. W maju i czerwcu można było jeszcze z powodzeniem zamaskować zaręczynami wpadki z początku roku, kiedy noce są tak długie, że pary budzą się przed rankiem i czasami z czystej nudy bawią się w łóżku. A przynajmniej tak sądziła ta jego strona, która do wszystkiego podchodziła z drwiną. - Nie zależy ci na tym, żeby to biegło z cyklem wytyczonym przez kowen? - Jemu, rzecz jasna, absolutnie nie. Te tradycyjne rzeczy wpisywały się jednak w to słowo - w romantyzm skryty w tym, co dla dwójki facetów było zwyczajnie nieosiągalne. Crow... spoglądał na to pod kątem swoich niedoborów. Noszenie obrączki znaczącej tyle, iż ktoś go uznał za swojego i chciał, aby każdy o tym wiedział, aby taka głupia biżuteria stała się przypomnieniem. To coś, czego nie zrobił z nim do tej pory nikt. Spędził w Podziemiach piętnaście lat, niby wszyscy wiedzieli o tym co ich łączy i nie wstydziła się jego obecności, ale to...
Złożył jeszcze kilka drobnych pocałunków na jego rozgrzanej skórze, zanim zalał go potok słów.
Słuchał go. Jak zawsze. Nie wcinał się w to, co było do niego mówione - zamiast tego przybrał nieco pasywną rolę - tę, w której dawał obmywać się z piany i wyciągać z wanny. Było dziwnie, inaczej niż zwykle. Nigdy jeszcze nie podnosił się z takim trudem, ale nie myślał o tym szczególnie głęboko, bo był skupiony na tej opowieści o pragnieniach. I oczywiście w żaden sposób jej nie skomentował. Uśmiechnął się dziwnie, wycierając z resztek wody, po czym przytulił go do siebie lekko jedną ręką i ucałował w czoło. Zdawał sobie sprawę z tego, jaką frustrację musiało generować momentami jego milczenie, ale co z tego? Nie było mowy, żeby pociągnął temat tak po prostu. Przestał się do niego odzywać. Znów biernie towarzyszył mu we wszystkim, co robił. Ubrał się wpierw, później był gotów na wszystko - chwycił każdy podany mu kocyk, wyszedł za nim na zewnątrz.
Światło w domu w tym czasie się zmieniło, ale nie zmieniło się jego natężenie, tylko... kolory. Chyba nigdy wcześniej tego nie zauważył. Tego, że opadające w dół słońce zmieniało atmosferę na inną, dla niego robiło się tylko ciemniej i ciemniej, aż wreszcie nie zgasło, chowając się za horyzontem. Teraz jeszcze uporczywie trzymało się niemal szczytu nieba, a już coś się zmieniło.
Mowa wróciła mu wraz z zanurzeniem nóg w piasek. Grzebał w nim dłońmi poszukując ciekawych muszelek. Przespacerowałby się wzdłuż plaży i poszukał ich po wierzchu, ale nie miał już siły. Poszedłby na drzemkę, ale wtedy straci coś - ten widok - narzekał wcześniej właśnie na to gadanie, że może chce coś zobaczyć, jakby miał zrobić sobie jakąś listę - dodał więc na nią jeden punkt i tak czy siak, mógł temu nie podołać. Jeżeli Laurent był obok, oparł się głową o jego ramię.
- Ja... mhm... - przerwał wreszcie ciszę ze swojej strony, pokazując tym samym, że przez cały ten czas o tym myślał. Mówiłem ci o tym raz. Jest taki... gabinet luster pod Londynem. Ludzie tam widzą najskrytsze pragnienia swojej duszy, a ja nie widziałem tam nic. Podrapał się po nosie w nieco niezręczny sposób. - Nie wiem, co ci na to wszystko odpowiedzieć. - Zacisnął oczy. - Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz. - Zgubił się w tym zupełnie i wcale nie potrafił wyciągnąć z tego meritum - a nie był ani człowiekiem łatwym do ułożenia i modelowania pod swoje widzimisię, ani kimś głupim, pozbawionym rozumu. Widział właśnie wszystkie kolory świata, ale pozostał całkowicie ślepy na jedno - że cała ta opowieść Laurenta mówiła właśnie o tym, że czasami nie powinno liczyć się to, czego oczekuje Laurent. W tym związku nie musiał robić rzeczy po swojemu, a później maskować ich siecią kłamstw mających stworzyć złudzenie, jakby jego charakter i nawyki dało się jakoś wymodelować...
- Dobrze, księżniczko. Ale myślałem, że Beltane i Litha to właśnie czas zaręczyn - zauważył. Może i nie siedział głęboko w sprawach wiary, bo miał swoje wyryte mocno przekonania, z których rezygnować nie chciał, ale Koło Roku było podstawą życia Fantasmagorii i rozumiał sposób jego działania. To jak rządziło życiem czarodziejów, do czego ich pchało, do jakich tradycji i rytuałów zachęcało i dlaczego robiło to w tym konkretnym czasie. W maju i czerwcu można było jeszcze z powodzeniem zamaskować zaręczynami wpadki z początku roku, kiedy noce są tak długie, że pary budzą się przed rankiem i czasami z czystej nudy bawią się w łóżku. A przynajmniej tak sądziła ta jego strona, która do wszystkiego podchodziła z drwiną. - Nie zależy ci na tym, żeby to biegło z cyklem wytyczonym przez kowen? - Jemu, rzecz jasna, absolutnie nie. Te tradycyjne rzeczy wpisywały się jednak w to słowo - w romantyzm skryty w tym, co dla dwójki facetów było zwyczajnie nieosiągalne. Crow... spoglądał na to pod kątem swoich niedoborów. Noszenie obrączki znaczącej tyle, iż ktoś go uznał za swojego i chciał, aby każdy o tym wiedział, aby taka głupia biżuteria stała się przypomnieniem. To coś, czego nie zrobił z nim do tej pory nikt. Spędził w Podziemiach piętnaście lat, niby wszyscy wiedzieli o tym co ich łączy i nie wstydziła się jego obecności, ale to...
Złożył jeszcze kilka drobnych pocałunków na jego rozgrzanej skórze, zanim zalał go potok słów.
Słuchał go. Jak zawsze. Nie wcinał się w to, co było do niego mówione - zamiast tego przybrał nieco pasywną rolę - tę, w której dawał obmywać się z piany i wyciągać z wanny. Było dziwnie, inaczej niż zwykle. Nigdy jeszcze nie podnosił się z takim trudem, ale nie myślał o tym szczególnie głęboko, bo był skupiony na tej opowieści o pragnieniach. I oczywiście w żaden sposób jej nie skomentował. Uśmiechnął się dziwnie, wycierając z resztek wody, po czym przytulił go do siebie lekko jedną ręką i ucałował w czoło. Zdawał sobie sprawę z tego, jaką frustrację musiało generować momentami jego milczenie, ale co z tego? Nie było mowy, żeby pociągnął temat tak po prostu. Przestał się do niego odzywać. Znów biernie towarzyszył mu we wszystkim, co robił. Ubrał się wpierw, później był gotów na wszystko - chwycił każdy podany mu kocyk, wyszedł za nim na zewnątrz.
Światło w domu w tym czasie się zmieniło, ale nie zmieniło się jego natężenie, tylko... kolory. Chyba nigdy wcześniej tego nie zauważył. Tego, że opadające w dół słońce zmieniało atmosferę na inną, dla niego robiło się tylko ciemniej i ciemniej, aż wreszcie nie zgasło, chowając się za horyzontem. Teraz jeszcze uporczywie trzymało się niemal szczytu nieba, a już coś się zmieniło.
Mowa wróciła mu wraz z zanurzeniem nóg w piasek. Grzebał w nim dłońmi poszukując ciekawych muszelek. Przespacerowałby się wzdłuż plaży i poszukał ich po wierzchu, ale nie miał już siły. Poszedłby na drzemkę, ale wtedy straci coś - ten widok - narzekał wcześniej właśnie na to gadanie, że może chce coś zobaczyć, jakby miał zrobić sobie jakąś listę - dodał więc na nią jeden punkt i tak czy siak, mógł temu nie podołać. Jeżeli Laurent był obok, oparł się głową o jego ramię.
- Ja... mhm... - przerwał wreszcie ciszę ze swojej strony, pokazując tym samym, że przez cały ten czas o tym myślał. Mówiłem ci o tym raz. Jest taki... gabinet luster pod Londynem. Ludzie tam widzą najskrytsze pragnienia swojej duszy, a ja nie widziałem tam nic. Podrapał się po nosie w nieco niezręczny sposób. - Nie wiem, co ci na to wszystko odpowiedzieć. - Zacisnął oczy. - Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz. - Zgubił się w tym zupełnie i wcale nie potrafił wyciągnąć z tego meritum - a nie był ani człowiekiem łatwym do ułożenia i modelowania pod swoje widzimisię, ani kimś głupim, pozbawionym rozumu. Widział właśnie wszystkie kolory świata, ale pozostał całkowicie ślepy na jedno - że cała ta opowieść Laurenta mówiła właśnie o tym, że czasami nie powinno liczyć się to, czego oczekuje Laurent. W tym związku nie musiał robić rzeczy po swojemu, a później maskować ich siecią kłamstw mających stworzyć złudzenie, jakby jego charakter i nawyki dało się jakoś wymodelować...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.