08.02.2025, 15:53 ✶
Wtulił się w niego i walczył z chęcią przymknięcia oczu, bo przecież to siedzenie na plaży straciłoby cały sens. Czuł się, jakby się naćpał. Powoli zmieniające się barwy coraz mocniej tłumaczyły mu, dlaczego zawsze zwracał tak dużą uwagę na dźwięki, zapachy, na dotyk, na cokolwiek co mógł odebrać innym zmysłem niż wzrok. Daltonizm musiał uwrażliwiać go na to tak samo jak ludzi ślepych. W gruncie rzeczy - ślepota barw w wykonaniu konkretnie jego oczu była już przecież na tyle zaawansowana, aby skutecznie utrudniać mu życie, a nie jedynie psuć jakiś aspekt wizualny otaczającej go rzeczywistości.
- Nie łapię tego - przyznał, była w tym co powiedział jakaś dawka kąśliwości, ale bardzo szybko się rozmyła. Wcale nie chciał się kłócić, zamierzał dzisiaj położyć na sobie dzisiaj jego nóżkę tak jak każdego innego dnia i wreszcie iść spać razem, w jego łóżku, a nie w tym przeklętym, smutnym jak pizda wozie przypominającym mu od jakiegoś czasu klatkę. - To brzmi, jakbym nie miał swojej osobowości, a przecież cały czas jestem sobą. I mam swoje granice. Wcale nie uginałem się jak trzcina na wietrze, kiedy jak gdyby nigdy nic poszedłeś do jakiegoś zjeba od Dante na herbatę, albo kiedy bez rozmowy umówiłeś mnie do lekarza, którego nie znam. - Nie pasowało mu przywoływanie teraz tych scen i odetchnął zmęczony, starając się nie wlepiać spojrzenia w tarczę słońca, bo to ewidentnie robiło coś złego ze wzrokiem Laurenta. - Więc o co chodzi? Co cię w ogóle pcha do takich myśli... - Gdzie popełnił błąd? Wydawało mu się, że to ostatnie pytanie, którego nie zadał na głos, pozostało wciąż ukryte, ale to nie była prawda. Nie dało się siedzieć obok i przytulać go do siebie i nie wyczuć tego, jak napina mięśnie w dyskomforcie. Wierzę, że kiedyś mi zaufasz. Kurwa mać, miał ochotę zacząć mu to wymieniać. Te wszystkie rzeczy, które świadczyły o jego zaufaniu - mógłby mu zrobić całą pieprzoną listę, przelecieliby przez to punkt po punkcie, bo dojście do tego momentu, w którym się znajdował - do tego kiedy był w stanie ofiarować komuś tak wielką część siebie w tej naiwnej wierze, że może tym razem będzie inaczej... to była katorga. Katorga przebyta z innymi ludźmi, których skrzywdził dogłębnie.
Próbował to uczucie zgnieść jak zawsze. Narastający gniew każący mu wypluwać rzeczy, których później żałował był zwykle głębszy - rozrywał mu klatkę piersiową na strzępy, kiedy rzucał, pluł, gryzł, żarł. Tym razem to było aż przesadnie proste. Zgaszenie tej myśli jak peta, próba skupienia się na tych kolorach wyglądających trochę jak omamy po psychodelikach. Takie proste. Dopóki nie zorientował się, że nie może oddychać. Normalnie czułby się, jakby serce mu próbowało wyskoczyć z ciała, teraz... klatka piersiowa jakby zapadła się w dół. I nie mógł już tego odwołać, jakby podpisał jakiś papier na uspokojenie się, ale zapomniał sprawdzić liczby i uspokoił się za bardzo. Wydał z siebie dźwięk jak ktoś próbujący panicznie zaczerpnąć powietrza po wynurzeniu się z wody, ale wydawało mu się, że nie daje mu to nic. Dopiero po dwóch brutalnych uderzeniach o własną pierś kaszlnął panicznie i wdychał powietrze tak namiętnie, że aż zaczęło świszczeć mu w gardle. Nie wytarł nawet tych łez z kącików oczu, po prostu je zamknął.
- Nie łapię tego - przyznał, była w tym co powiedział jakaś dawka kąśliwości, ale bardzo szybko się rozmyła. Wcale nie chciał się kłócić, zamierzał dzisiaj położyć na sobie dzisiaj jego nóżkę tak jak każdego innego dnia i wreszcie iść spać razem, w jego łóżku, a nie w tym przeklętym, smutnym jak pizda wozie przypominającym mu od jakiegoś czasu klatkę. - To brzmi, jakbym nie miał swojej osobowości, a przecież cały czas jestem sobą. I mam swoje granice. Wcale nie uginałem się jak trzcina na wietrze, kiedy jak gdyby nigdy nic poszedłeś do jakiegoś zjeba od Dante na herbatę, albo kiedy bez rozmowy umówiłeś mnie do lekarza, którego nie znam. - Nie pasowało mu przywoływanie teraz tych scen i odetchnął zmęczony, starając się nie wlepiać spojrzenia w tarczę słońca, bo to ewidentnie robiło coś złego ze wzrokiem Laurenta. - Więc o co chodzi? Co cię w ogóle pcha do takich myśli... - Gdzie popełnił błąd? Wydawało mu się, że to ostatnie pytanie, którego nie zadał na głos, pozostało wciąż ukryte, ale to nie była prawda. Nie dało się siedzieć obok i przytulać go do siebie i nie wyczuć tego, jak napina mięśnie w dyskomforcie. Wierzę, że kiedyś mi zaufasz. Kurwa mać, miał ochotę zacząć mu to wymieniać. Te wszystkie rzeczy, które świadczyły o jego zaufaniu - mógłby mu zrobić całą pieprzoną listę, przelecieliby przez to punkt po punkcie, bo dojście do tego momentu, w którym się znajdował - do tego kiedy był w stanie ofiarować komuś tak wielką część siebie w tej naiwnej wierze, że może tym razem będzie inaczej... to była katorga. Katorga przebyta z innymi ludźmi, których skrzywdził dogłębnie.
Próbował to uczucie zgnieść jak zawsze. Narastający gniew każący mu wypluwać rzeczy, których później żałował był zwykle głębszy - rozrywał mu klatkę piersiową na strzępy, kiedy rzucał, pluł, gryzł, żarł. Tym razem to było aż przesadnie proste. Zgaszenie tej myśli jak peta, próba skupienia się na tych kolorach wyglądających trochę jak omamy po psychodelikach. Takie proste. Dopóki nie zorientował się, że nie może oddychać. Normalnie czułby się, jakby serce mu próbowało wyskoczyć z ciała, teraz... klatka piersiowa jakby zapadła się w dół. I nie mógł już tego odwołać, jakby podpisał jakiś papier na uspokojenie się, ale zapomniał sprawdzić liczby i uspokoił się za bardzo. Wydał z siebie dźwięk jak ktoś próbujący panicznie zaczerpnąć powietrza po wynurzeniu się z wody, ale wydawało mu się, że nie daje mu to nic. Dopiero po dwóch brutalnych uderzeniach o własną pierś kaszlnął panicznie i wdychał powietrze tak namiętnie, że aż zaczęło świszczeć mu w gardle. Nie wytarł nawet tych łez z kącików oczu, po prostu je zamknął.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.