08.02.2025, 17:12 ✶
Zdenerwowało...? Nie, to nie było zdenerwowanie. A może było. Zwyczajnie nie mógł skupić się na niczym, zaczynało go mglić, własna wyobraźnia ograniczała mu na moment pole widzenia ostrym światłem i przecinała ciało duszącym bólem kiedy tylko wyobrażał sobie, że staranie się za bardzo okazywało się gwoździem do trumny ich relacji. Tak cholernie chciał, żeby ten dzień był dobry. Żeby Laurent mu powiedział, że jest zadowolony. Że mu schlebia jakie fajne miejsce znalazł i go do niego zaprosił, że historia o tych kablach, której nigdy mu nie opowiedział była ciekawa i w jakiś sposób mu imponowała. Miły obiad i spacer, dobry seks, kolacja na kanapie, kiedy będą mizdrzyć się do siebie i kończyć ostatnie rozdziały wspólnej książki. Może by zaczęli coś nowego razem, może czytali dwie rzeczy osobno, ale z ręką głaszczącą go od czasu do czasu niczym zaklęcie przypominające, że spędzali razem czas.
Gdzie to wszystko było? Dlaczego czuł się aż tak bardzo oskrobany z piór, skoro dostał szansę zobaczenia czegoś, co było jego obsesją przez ostatnie lata. Wyimaginowane odrzucenie przestawało być tym dziwnym lękiem motywującym go do desperackich ruchów. Stało się głębokim, fizycznym bólem rozchodzącym się po żebrach, wędrującym aż do szyi, w której piekło i poniewierało mu te równiutkie zęby. Czy kontynuowanie tej rozmowy było dobrym pomysłem? Miał wrażenie, że równie dobrze co uwolnić, mogła go zabić.
- Mam się stawiać na pierwszym miejscu, ale to, że coś mi się nie podobało to brak rozsądku? Zajebiście, naprawdę. - Wytarł twarz rękawem, próbując jakoś opanować zbierający się w nim szloch. Próba powrotu do tej łazienki, do tej wanny w której wszystko było w porządku wydawała się trafnym miejscem docelowym ucieczki, ale od razu pojawiały się wątpliwości - bo czemu ten sam człowiek brał go w taki sposób i jednocześnie odnajdywał w sobie odwagę na mówienie tych wszystkich rzeczy, kiedy on...
Znów zachłysnął się powietrzem.
- Rzecz jest taka, panie specjalisto - od komunikacji w związkach - że UFAM CI - uniósł głos, ale bardzo szybko pobladł po tym i na moment zamilkł - a nie jakiemuś obcemu typowi, którego kurwa nie znam. Jak możesz tego kurwa nie widzieć, to wszystko co r-robię... Jak ty sobie wyobrażasz, że moje życie wyglądało do tej pory - mówił to przeplatając słowa płytkimi wdechami. Otworzył oczy ale wcale nie spojrzał na Laurenta. Spoglądał na wodę odbijającą słońce ubierające się w już delikatnie w pomarańcz i róż, ale będące jeszcze daleko nad horyzontem, bo to jeszcze było lato. Trzymał dłoń przy swojej piersi i musiał teraz zmagać się z silnym bólem, bo aż zginął się od jego natężenia. Tym co pozostawało nieugiętym była jego wola, nawet kiedy tonął w delikatności tego ciała.
Gdzie to wszystko było? Dlaczego czuł się aż tak bardzo oskrobany z piór, skoro dostał szansę zobaczenia czegoś, co było jego obsesją przez ostatnie lata. Wyimaginowane odrzucenie przestawało być tym dziwnym lękiem motywującym go do desperackich ruchów. Stało się głębokim, fizycznym bólem rozchodzącym się po żebrach, wędrującym aż do szyi, w której piekło i poniewierało mu te równiutkie zęby. Czy kontynuowanie tej rozmowy było dobrym pomysłem? Miał wrażenie, że równie dobrze co uwolnić, mogła go zabić.
- Mam się stawiać na pierwszym miejscu, ale to, że coś mi się nie podobało to brak rozsądku? Zajebiście, naprawdę. - Wytarł twarz rękawem, próbując jakoś opanować zbierający się w nim szloch. Próba powrotu do tej łazienki, do tej wanny w której wszystko było w porządku wydawała się trafnym miejscem docelowym ucieczki, ale od razu pojawiały się wątpliwości - bo czemu ten sam człowiek brał go w taki sposób i jednocześnie odnajdywał w sobie odwagę na mówienie tych wszystkich rzeczy, kiedy on...
Znów zachłysnął się powietrzem.
- Rzecz jest taka, panie specjalisto - od komunikacji w związkach - że UFAM CI - uniósł głos, ale bardzo szybko pobladł po tym i na moment zamilkł - a nie jakiemuś obcemu typowi, którego kurwa nie znam. Jak możesz tego kurwa nie widzieć, to wszystko co r-robię... Jak ty sobie wyobrażasz, że moje życie wyglądało do tej pory - mówił to przeplatając słowa płytkimi wdechami. Otworzył oczy ale wcale nie spojrzał na Laurenta. Spoglądał na wodę odbijającą słońce ubierające się w już delikatnie w pomarańcz i róż, ale będące jeszcze daleko nad horyzontem, bo to jeszcze było lato. Trzymał dłoń przy swojej piersi i musiał teraz zmagać się z silnym bólem, bo aż zginął się od jego natężenia. Tym co pozostawało nieugiętym była jego wola, nawet kiedy tonął w delikatności tego ciała.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.