Ten dzień wcale nie był zły. Sprzyjała im pogoda, nie sprzyjał im dzień... nie. Nie sprzyjali sobie. Albo może to on nie sprzyjał im? Łatwo brać na kark winę za wszelkie czyny i przewinienia. Trudniej było uzmysłowić sobie, że nie zawsze wszystko jest twoją winą, a czasami wina jest niczyja. Po prostu się działo. Łatwo też się mówiło, że "nie można winić za uczucia", ale to przecież te uczucia, aż zbyt często, prowadziły do tragedii.
Ten dzień nie był zły, bo siedząc na tej plaży Laurent już nie czuł nawet dyskomfortu z trzymania własnego ciała pod ramieniem. Niby wizualnie nic się nie zgadzało, a jednocześnie widział już w większości Flynna. Niby nadal coś było nie tak, kiedy to on przytulał jego - a nie odwrót - kiedy miał wrażenie, że to on tym razem powinien trzymać go w tej wannie. Kiedy automatycznie chciał wchodzić w rolę Flynna. Ten obiad, ta pogawędka, śliczna knajpka. Dużo nieprzyjemnych słów z jego strony, a potem chwile całkiem słodkie. I teraz - chwila, w której chciał bardzo zapytać "podoba ci się zachód?" Może uznał to za nieciekawe. Może...
- Ponieważ chcesz dla siebie źle. - To już musiał trochę przepchnąć przez swoje gardło, żeby nie zacząć zaprzeczać, mówić, że nie, nie - to nie tak! Poziom, na którym już ta obawa nie była ukłuciem, a zaczynała być prądem. Jego strach zamieniał się jednak błyskawicznie w... gniew. Więc przepchnięcie tych słów było szokująco proste. Przynajmniej w porównaniu do tego, jak to było, kiedy był w swoim ciele. Nie podobał mu się ten ton, na który Flynn wkroczył, ale to już zdusił. Tu akurat wyzwania wielkiego nie było - bardziej się zmartwił o to, że nie mógł oddychać. Ciągle go to szarpało. A potem nagle... zamiast to napięcie i wkurwienie rosnąć to nagle rozprysnęło się, a on nie potrafił powstrzymać rozczulonego uśmiechu. - Aach, Flynn... nie, to nie tak... - Sięgnął do jego twarzy, by odsunąć nieułożone włosy z jego twarzy. Cieszyłby się pewnie mocniej, gdyby nie to, że się bał - o Flynna. O to, jak znowu emocje nim targały. Tylko tak, jak we własnym ciele upływały one na zewnątrz, tak w tym ciele... niszczyły go od środka. - Wiem, widzę to. I bardzo się cieszę. Zachwycasz mnie, Flynn. Swoim zaangażowaniem, swoimi staraniami. To jest... mówiłem o trochę innym zaufaniu. - Jak on miał mu to lepiej wyjaśnić? - Jesteśmy w tym do siebie podobni. Robimy te same błędy, bo boimy się, że jeśli nie będziemy wypełniali oczekiwań, nawet swoim kosztem, to nie zostaniemy zaakceptowani. Albo to strach przed konsekwencjami. Nie trzeba wcale manipulacji, kłamstw i udawania własnym kosztem. - Mógł zostawić temat i go wyrzucić. Powinien nawet, jeśli Flynn będzie dalej miał problemy z oddechem. Liczył jednak na to, że jeśli to wyjaśni... jeśli to zrozumie... Trochę sam teraz panikował, mówił szybciej, siedział jak na rozgrzanych węglach - gotów podskoczyć w każdym momencie, żeby ratować Flynna przed... przed nim samym w zasadzie.