29.01.2023, 16:47 ✶
Powitanie strumieniem chłodnej wody przyjął z jęknięciem opisującym jak bardzo się zdziwił, i jak w krótkiej chwili zrobiło się nieprzyjemnie zimno. Rozwarł na chwilę usta w krótkim szoku, zaraz się jednak z niego otrząsając i powracając uwagą do kobiety. Ogień przygasał jedynie na krótką chwilę i to tylko w miejscu, w którym dwójka czarodziejów wykorzystywała magicznie stworzone strumienie wody. Było to jednak zdecydowanie za mało, przy tak chaotycznym pożarze potrzeba było prawdopodobnie z tuzin przeciętnych czarodziejów i czarownic, żeby tylko zatrzymać niebezpiecznie rozszalały żywioł. Ciepła para wodna pomieszana z dymem buchała im w twarze z wnętrzna domostwa z każdym krokiem, z jakim byli w stanie zbliżyć się do wejścia.
Wreszcie udało im się znacznie skrócić dystans do zdemolowanych drzwi, przez które dało się teraz przejść do środka domu. Jego wnętrzne z ich perspektywy było jednak ciągle skryte pod chmurą dymu i pary, gdzieniegdzie jedynie prześwitywał pomarańczowy i czerwony poblask płomieni. Spojrzał na Brennę w gotowości i sam zamierzał wskoczyć do środka, ale z instynktownego impulsu powstrzymało go jej polecenie o zmoczeniu się wodą. Skrzywił się na taką myśl, ale nie zamierzał protestować, czując że jest to konieczne aby zapewnić sobie jakiekolwiek chwilowe bezpieczeństwo od poważnych oparzeń, z jakimi niewątpliwie mógłby tego dnia skończyć.
Uniósł dłoń nad swoją głowę celując różdżką w dół, po czym przy użyciu zaklęcia Aquamenti wypuścił strumień zimnej wody na całe swoje ciało. Poczuł jak ponownie chwyta go uścisk chłodu i aż wzdrygnął się na to odczucie, które mimo wszystko jeszcze bardziej pobudziło jego organizm do działania. Zaklął cicho pod nosem mimowolnie, mamrotając przy tym jakieś niewyraźne słowa, które prawdopodobnie były wielokrotnie wypowiedzianym słowem "zimno". Odetchnął intensywnie, po czym mierząc różdżką w swoją mokrą i ciężką od wody koszulę użył zaklęcia powielającego. Kopia mokrego ubrania wystrzeliła z krawędzi materiału i zapewne poleciałaby niechybnie w płomienie, gdyby Nicholas nie złapał jej w locie. Obwiązał szczelnie kopię mokrej koszuli wokół twarzy niczym bandanę lub szal gotów do wskoczenia w sam środek piekła.
- Nie martw się o mnie, rób co trzeba. Dam sobie radę. - zapewnił kobietę, spoglądając na nią z wyraźną determinacją w oczach. Wierzył że Brenna podejmie najrozsądniejszą decyzję i potraktuje go w tej kwestii nie jak nieopierzonego pierwszaka z Hogwartu, a jak dorosłego czarodzieja, któremu można powierzyć trudne zadanie i zaufać, że doprowadzi je do końca. Nie czekając jednak na jej ostateczną decyzję, Nicholas po kilku sekundach psychicznego przygotowania się do skoku życia i śmierci ruszył w kierunku wejścia i przebił się przez lukę w płomieniach do wnętrza budynku, gdzie zastał centrum chaosu w pełnej okazałości.
Drewno trzaskało i pękało od temperatury, a ogień paliłby niemiłosiernie w twarz, gdyby nie uprzednie zmoczenie całego ciała w wodzie. Wiedział że nie miał dużo czasu nim wilgoć przestanie być ochronną barierą, a dym zacznie wdzierać się w płuca i stopniowo go dusić.
- TOMMY?! MICHAEL?! SŁYSZYCIE MNIE?! - krzyczał najgłośniej jak tylko potrafił, ale nie słyszał żadnej odpowiedzi. Nie wiedział czy jego słowa przedzierają się przez wilgotną koszulę, szum pożaru i huk pękających desek, czy nikt nie był w stanie usłyszeć jego wołania. Przemieszczał się pospiesznie, nawet dość nieostrożnie przez korytarz w kierunku salonu i kuchni, tam jednak nikogo nie znalazł. Ktokolwiek był we wnętrzu budynku, musiał znajdować się w górnej jego części - w tej, do której prowadziły zajęte ogniem schody...
Wreszcie udało im się znacznie skrócić dystans do zdemolowanych drzwi, przez które dało się teraz przejść do środka domu. Jego wnętrzne z ich perspektywy było jednak ciągle skryte pod chmurą dymu i pary, gdzieniegdzie jedynie prześwitywał pomarańczowy i czerwony poblask płomieni. Spojrzał na Brennę w gotowości i sam zamierzał wskoczyć do środka, ale z instynktownego impulsu powstrzymało go jej polecenie o zmoczeniu się wodą. Skrzywił się na taką myśl, ale nie zamierzał protestować, czując że jest to konieczne aby zapewnić sobie jakiekolwiek chwilowe bezpieczeństwo od poważnych oparzeń, z jakimi niewątpliwie mógłby tego dnia skończyć.
Uniósł dłoń nad swoją głowę celując różdżką w dół, po czym przy użyciu zaklęcia Aquamenti wypuścił strumień zimnej wody na całe swoje ciało. Poczuł jak ponownie chwyta go uścisk chłodu i aż wzdrygnął się na to odczucie, które mimo wszystko jeszcze bardziej pobudziło jego organizm do działania. Zaklął cicho pod nosem mimowolnie, mamrotając przy tym jakieś niewyraźne słowa, które prawdopodobnie były wielokrotnie wypowiedzianym słowem "zimno". Odetchnął intensywnie, po czym mierząc różdżką w swoją mokrą i ciężką od wody koszulę użył zaklęcia powielającego. Kopia mokrego ubrania wystrzeliła z krawędzi materiału i zapewne poleciałaby niechybnie w płomienie, gdyby Nicholas nie złapał jej w locie. Obwiązał szczelnie kopię mokrej koszuli wokół twarzy niczym bandanę lub szal gotów do wskoczenia w sam środek piekła.
- Nie martw się o mnie, rób co trzeba. Dam sobie radę. - zapewnił kobietę, spoglądając na nią z wyraźną determinacją w oczach. Wierzył że Brenna podejmie najrozsądniejszą decyzję i potraktuje go w tej kwestii nie jak nieopierzonego pierwszaka z Hogwartu, a jak dorosłego czarodzieja, któremu można powierzyć trudne zadanie i zaufać, że doprowadzi je do końca. Nie czekając jednak na jej ostateczną decyzję, Nicholas po kilku sekundach psychicznego przygotowania się do skoku życia i śmierci ruszył w kierunku wejścia i przebił się przez lukę w płomieniach do wnętrza budynku, gdzie zastał centrum chaosu w pełnej okazałości.
Drewno trzaskało i pękało od temperatury, a ogień paliłby niemiłosiernie w twarz, gdyby nie uprzednie zmoczenie całego ciała w wodzie. Wiedział że nie miał dużo czasu nim wilgoć przestanie być ochronną barierą, a dym zacznie wdzierać się w płuca i stopniowo go dusić.
- TOMMY?! MICHAEL?! SŁYSZYCIE MNIE?! - krzyczał najgłośniej jak tylko potrafił, ale nie słyszał żadnej odpowiedzi. Nie wiedział czy jego słowa przedzierają się przez wilgotną koszulę, szum pożaru i huk pękających desek, czy nikt nie był w stanie usłyszeć jego wołania. Przemieszczał się pospiesznie, nawet dość nieostrożnie przez korytarz w kierunku salonu i kuchni, tam jednak nikogo nie znalazł. Ktokolwiek był we wnętrzu budynku, musiał znajdować się w górnej jego części - w tej, do której prowadziły zajęte ogniem schody...