- Flynn. - Była w tym miękkość i twardość jednocześnie. Twardość w tej części zdecydowania, z jaką wypowiedział jego imię. Miękkość w tym, jak jego imię nie zostało wyplute z energią, jak nie podkreślały się ostre litery na krańcu języka Laurenta. Zmartwienie, odrobina paniki i jednocześnie rozczulenie. Tyle wszystkiego na raz? Już powinna mu głowa parować, a on zamiast odpadać, tylko się nakręcał. Zupełnie inny azymut działania. Nie przerywał mu. Ten słowotok był taki smutny. Taki łamiący serce. Czy naprawdę Flynn był sam na tym świecie? Miał tyle znajomości. Miał chociażby tę osobę, o której mówił tak pięknie. Czego tak mocno zazdrościł. Dobrze, jeśli nie on - bo mówił też przykre rzeczy. Ktoś... ktoś, kto by mu pomógł. Na pewno były takie osoby. Flynn miał dar do odpychania, ale miał też dar do przyciągania. Do sprawiania, że ludzie chcieli mu pomóc, wyciągnąć go z kłopotów. Bo jeśli to zrobią - czy wtedy ten Zakazany Owoc nie pozwoli im się posmakować? Pozwoli, oj tak. Wepchnie się do ich ust z całą swoją pasją. Albo powinien go przerwać? Nie, nie... to chyba najgorsze rozwiązanie. Niech to z siebie wyrzuci. To wszystko, co potrzebował powiedzieć, tak jakby Laurent dostrzegał to za mało, niewystarczająco, jakby musiał mu to rzucić prosto w twarz, bo nawet nie pod stopy.
Tym razem mógł powiedzieć, że to nie były żadne manipulacje. To była fiksacja. Zapętlenie się na temacie, który rzucił w twarz, owszem, ale samemu sobie. Straszne było to, kiedy się tak zwinął i tonął w samym sobie, ale nawet nie podejrzewał, jakie myśli kotłowały się w tej głowie. Żałował, że nie jest geniuszem, nie ma wykształcenia psychologa i nie wiedział, co zrobić, żeby Flynnowi było jak najlepiej. Głupota, bo przecież odpowiedź dla tego człowieka była zawsze taka sama. Proste - pójdź z nim do łóżka.
Tak trzymał rozchylone usta, bo nie wiedział, co powiedzieć. Jak to dobrze ująć. Od czego zacząć? Bo Flynn nie słuchał. Kompletnie nie słuchał.
- Nie słuchasz mnie. - Może to nie była najlepsza rzecz do powiedzenia teraz. - Flynn. - Powiedział to jeszcze łagodniej i pochylił się, żeby jeszcze szczelniej go objąć, kiedy on się kulił i drżał. Może... wyjściem była cisza? Pozwolenie mu się tak uspokoić? Tak. Do tej pory to zazwyczaj był najlepszy wybór, bo w tym stanie słowa na niego po prostu nie działały.
Więc dał mu ten czas na uspokojenie.