- To dobrze, dla nich chyba nie ma już miejsca w tym świecie. - Zdecydowanie lepiej było podchodzić do wszystkiego realistycznie, coby za bardzi się nie irytować tym, że niekoniecznie wszystko idzie po naszej myśli. Tak było prościej, spodziewać się tego, co faktycznie miało szansę się zdarzyć, przynajmniej nie rozczarowywał się człowiek co chwilę. Taka złudna nadzieja nie była im do niczego potrzebna.
Miała świadomość, że awans, był dość istotny dla Ambroisa, zresztą próbował go dostać od dawna, a nadal tkwił w miejscu, czy to nie był odpowiedni argument do zmiany? Ileż można było walczyć o coś, co wcale nie leżało w zasięgu ręki, pomimo tych długotrwałych prób sięgnięcia po to. Nie wątpiła w jego umiejętności, wręcz przeciwnie, naprawdę uważała, że jej chłopak jest bardzo zdolny w tym, czym się zajmował, tyle, że nie do końca miał szansę przebić się przez ten mur związany z nepotyzmem.
- Cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę. - Oj tak, Ger potrafiła być bardzo waleczna, zignorowała jego parsknięcie, wolała pozostać przy tej wersji, która bardziej jej odpowiadała. Liczyła na to, że Ambroise mimo tej reakcji zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście tak było. Yaxleyówna potrafiła się stawiać tylko i wyłącznie dla zasady, nie potrzebowała żadnych, większych powodów. Taki już miała charakter.
Zresztą między nimi nie chodziło o taką waleczność, zdecydowanie nie, raczej wątpiła, aby mogła się oprzeć tym jego nocnym atakom, ale o tym wolała już nie wspominać głośno. Lepiej nie drążyć tematu, czyż nie?
- Być może, chociaż nie mam w zwyczaju przyglądania się kobiecym udom, to mnie nie jara. - Nie miała pojęcia o kim właściwie mówił Roise, ale też średnio ją to obchodziło, to była siostra, siostrą nie powinni się martwić, gdyby jednak pojawiła się jakaś inna baba... cóż, to chętnie by jej udowodniła, że jej uda są masywniejsze od jej.
- To pewnie też się nie zmieni, zawsze potrafiłeś i zawsze będziesz umiał. - Może to, co docierało do niej ostatnio nieszczególnie wzbudzało w niej pozytywne emocje, bo docierały do niej fakty dosyć trudne, ale z drugiej strony to też było zaskakiwanie. Zresztą ten ostatni czas nie był wcale tylko i wyłącznie zły, przecież dali sobie kilka takich chwil, które pomogły im odetchnąć i jakoś na nowo spróbować odnaleźć się w rzeczywistości. Nie mogło być ciągle kolorowo, z tego też zdawała sobie sprawę.
Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. - Przedwczoraj był wyjątkowy dzień, to nie zdarza się zbyt często, wyjątek, czy coś? - Tak, nie dało się zapomnieć o tym, że wlali w siebie wtedy bardzo dużą ilość whisky i faktycznie nie zdziwiłoby jej nawet, gdyby to ona przeważała wtedy w ich żyłach, ale to było całkiem przyjemne oderwanie się od rzeczywistości.
- Tak, zależy dla kogo. - Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Było im razem dobrze, zawsze wydawało jej się, że faktycznie jest dla niego odpowiednią panną, zresztą nie sądziła, by jakakolwiek inna byłaby w stanie sobie poradzić z temperamentem Roisa. Pasowali do siebie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Tego na pewno nie da się powtórzyć z nikim innym. Byli sobie pisani - to było niezaprzeczalne, tyle, że nie mogli zmierzać prostą drogą, ku własnemu szczęściu. Nigdy nie uważała, że zmarnowała ten czas, który z nim spędziła. Dzięki niemu miała wiele pięknych wspomnień, do których mogła wracać, tak właściwie to uważała te lata za najlepsze z najlepszych.
Niby wiedziała, że do tego nie wrócą, w końcu nie oszukiwali się w tym temacie, jednak trudno jej było o tym myśleć w momencie, w którym siedzieli teraz razem i rozmawiali o pierdołach, jakby ta cała rzeczywistość znowu gdzieś zniknęła, jakby ponownie zawiesili się w tym, co się między nimi działo. Dawali sobie złudną nadzieję, po raz kolejny, niczego się nie nauczyli.
Było jej całkiem błogo i przyjemnie siedząc po tym kocem, czując palce przesuwające się po jej skórze, przyaciągnął ją jeszcze bliżej do siebie, mimo, że przecież nigdzie się nie wybierała. Nie miała pojęcia, kiedy opuszczą piaskownicę, ale to na pewno nie miał być jeszcze ten wieczór, mimo, że gdy się tutaj pojawili chwilę po wizycie w Londynie sądziła, że stanie się inaczej. Nie byli w stanie chyba nadal do końca przewiedzieć swoich zachowań, tutaj nic nie było proste.
- Oczywiście, że muszę się domyślać. - Jak zawsze, czyż nie? W sumie od groźby do obietnicy w ich przypadku nie było wcale tak daleko, więc właściwie to nie było się czym przejmować, Yaxleyówna była gotowa na wszystko.
- Jeśli Ty nie wiesz, to pewnie nikt inny też. - Z nikim nie była nigdy bliżej, więc jeśli Ambroise nie miał pojęcia, jak to z nią było, to właściwie nikt inny tego nie wiedział. Sama o sobie miała raczej właśnie takie mniemanie, nie wydawało jej się, żeby potrafiła kłamać, czy udawać, zawsze była sobą, o to jej chyba chodziło w tym wszystkim.
Teraz? Faktycznie nie zachowywała się jak ona. Musiała sobie najpierw wszystko poukładać w głowie, aby jakoś spróbować się w tym odnaleźć. Nie chciała przekraczać kolejnych granic, wywoływać niepotrzebnych kłótni, wyjątkowo potrzebowała czasu, aby odnaleźć się w tej szarej rzeczywistości.
Odprowadziła Roisa wzrokiem do kuchni, oczywiście, że psy ruszyły za nim. W sumie, może potrzebował jakiejś pomocy, może powinna pójść tam za nim? Nie była przecież księżniczką, która oczekiwałaby na to, że on będzie robił wszystko sam. - Przepraszam Cię skarbie. - Mruknęła cicho do kotki, którą zdjęła ze swoich kolan i posadziła tuż obok.
W końcu sama wstała z kanapy i ruszyła do kuchni za resztą domowników. - Czy mogę Ci się tutaj do czegoś przydać? - Rzuciła zatrzymując się w progu i opierając o futrynę.