11.02.2025, 16:38 ✶
- Jesteś taki inteligentny, a równocześnie tak ślepy i niedomyślny... - warknął i zacisnął zęby. Nawet coś takiego odczuwał inaczej. Bo te zęby były inne, nie były starte od wiecznego zgrzytania nimi o siebie, albo ktoś poświęcił czas temu, żeby je naprawiać. Wszystko, te cholerne kolory, to jak emocje łaskotały go, zamiast przygniatać, smak w ustach. To, w jaki sposób czuł zapach tej samej plaży... Ta chwila wydawała się zwyczajnie nierealna. Nie mogła, nie miała prawa być prawdziwa.
Puścił go. Podniósł się do pozycji siedzącej, odrobinę zbyt szybko, bo poczuł mrowienie w głowie, ale nie przeszkodziło mu to we wlepieniu przerażonego spojrzenia w coraz czerwieńszą tarczę słońca. Jego kolor oblewał wszystko. Ich ciała, tę plażę, dom, niebo, morze. Czy ognień też robił to w ten sposób? Płonące New Forest wyglądało podobnie do tej chwili?
- Jestem zmęczony, Laurent - potarł rękoma swoje ramiona, jakby było mu zimno. - To, co mnie tak wkurwiło, to tekst o tym, że jesteś niepewny tego co mi odpowiada, czy... nie męczysz mnie, czy nie jesteś namolny. Zastanów się nad tym. Moi rodzice pozbyli się mnie kiedy miałem jakieś osiem lat. Miałem zajebisty wybór pomiędzy żarciem ze śmietnika albo wynoszeniem gnoju łopatą z wariatami mieszkającymi w domach na kółkach. Kobieta, która obiecała mi cały świat, wolała stać się szaloną królową slumsów, niż założyć ze mną rodzinę. Mój najlepszy przyjaciel już prawie ze mną nie rozmawia, bo jego żona mnie nienawidzi. Dla Alexandra jestem jedną z dziesiątek jebanych sierotek do opieki, tylko taką, którą mógł jeszcze stukać na boku. Raziel może rozumieć mnie na wskroś, ale typ od pięciu lat nie przyznał się nikomu, że mnie zna. - Wstydził się go. Kurwa, oni wszyscy się go wstydzili, przynajmniej w jakimś stopniu. Próbował strzepać z tej wypowiedzi echo wcześniejszych rozmów, ale nie udało mu się to. Wrócił myślami do tej cholernej restauracji, do ich sprzeczek, do pełnych napięcia wymian zdań. Te wspomnienia wymieszane z wypluciem z siebie cierpienia z powodu głębokiej samotności, zdecydowanie nie pomogły mu w zduszaniu w sobie panicznych szlochów. Znów wykręciło mu żołądek, poczuł pieczenie w gardle, ale oczy nie zaszły mu łzami. Może się wyczerpały. Popłakał się już tyle razy, że wypłakał wszystko, co mógł, a teraz zostało mu tylko zasnąć. - Jestem cholernie zmęczony. - Ale tu nie chodziło o zmęczenie fizyczne (choć i to było w nim teraz widoczne), chodziło o zmęczenie ciągłą walką o czyjąś uwagę. Wcale nie wypełniał cudzych oczekiwań swoim kosztem, bo chciał być akceptowany. Konsekwencje? Bolały. Bolały zawsze, ale nie, to nie o to tu chodziło. Chodziło o ten żar miłości stawiający go na pierwszym miejscu czyjegoś życia. - Jaki to ma być proces? Nie rozumiesz tego pytania - podciągnął nogi pod swoją brodę i zastukał nią o kolana kilka razy. - Nie pytam cię, czy chcesz budować ze mną relację, która przetrwa jakieś próby czasu, drewniane, żelazne i diamentowe rocznice. Gdyby leciała, tu i teraz leciała w ten pozbawiony boga świat kometa - wybrzmiała w tym nienaturalna dla tego głosu agresja - to spłonąłbyś ze mną, czy poszedł do kogoś innego? Ja bym został z tobą. Nawet jeżeli w to nie wierzysz.
Puścił go. Podniósł się do pozycji siedzącej, odrobinę zbyt szybko, bo poczuł mrowienie w głowie, ale nie przeszkodziło mu to we wlepieniu przerażonego spojrzenia w coraz czerwieńszą tarczę słońca. Jego kolor oblewał wszystko. Ich ciała, tę plażę, dom, niebo, morze. Czy ognień też robił to w ten sposób? Płonące New Forest wyglądało podobnie do tej chwili?
- Jestem zmęczony, Laurent - potarł rękoma swoje ramiona, jakby było mu zimno. - To, co mnie tak wkurwiło, to tekst o tym, że jesteś niepewny tego co mi odpowiada, czy... nie męczysz mnie, czy nie jesteś namolny. Zastanów się nad tym. Moi rodzice pozbyli się mnie kiedy miałem jakieś osiem lat. Miałem zajebisty wybór pomiędzy żarciem ze śmietnika albo wynoszeniem gnoju łopatą z wariatami mieszkającymi w domach na kółkach. Kobieta, która obiecała mi cały świat, wolała stać się szaloną królową slumsów, niż założyć ze mną rodzinę. Mój najlepszy przyjaciel już prawie ze mną nie rozmawia, bo jego żona mnie nienawidzi. Dla Alexandra jestem jedną z dziesiątek jebanych sierotek do opieki, tylko taką, którą mógł jeszcze stukać na boku. Raziel może rozumieć mnie na wskroś, ale typ od pięciu lat nie przyznał się nikomu, że mnie zna. - Wstydził się go. Kurwa, oni wszyscy się go wstydzili, przynajmniej w jakimś stopniu. Próbował strzepać z tej wypowiedzi echo wcześniejszych rozmów, ale nie udało mu się to. Wrócił myślami do tej cholernej restauracji, do ich sprzeczek, do pełnych napięcia wymian zdań. Te wspomnienia wymieszane z wypluciem z siebie cierpienia z powodu głębokiej samotności, zdecydowanie nie pomogły mu w zduszaniu w sobie panicznych szlochów. Znów wykręciło mu żołądek, poczuł pieczenie w gardle, ale oczy nie zaszły mu łzami. Może się wyczerpały. Popłakał się już tyle razy, że wypłakał wszystko, co mógł, a teraz zostało mu tylko zasnąć. - Jestem cholernie zmęczony. - Ale tu nie chodziło o zmęczenie fizyczne (choć i to było w nim teraz widoczne), chodziło o zmęczenie ciągłą walką o czyjąś uwagę. Wcale nie wypełniał cudzych oczekiwań swoim kosztem, bo chciał być akceptowany. Konsekwencje? Bolały. Bolały zawsze, ale nie, to nie o to tu chodziło. Chodziło o ten żar miłości stawiający go na pierwszym miejscu czyjegoś życia. - Jaki to ma być proces? Nie rozumiesz tego pytania - podciągnął nogi pod swoją brodę i zastukał nią o kolana kilka razy. - Nie pytam cię, czy chcesz budować ze mną relację, która przetrwa jakieś próby czasu, drewniane, żelazne i diamentowe rocznice. Gdyby leciała, tu i teraz leciała w ten pozbawiony boga świat kometa - wybrzmiała w tym nienaturalna dla tego głosu agresja - to spłonąłbyś ze mną, czy poszedł do kogoś innego? Ja bym został z tobą. Nawet jeżeli w to nie wierzysz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.