11.02.2025, 19:18 ✶
Pułapka była dobrym słowem. Niebo czerwieniało z każdą sekundą, a jego to przerażało coraz mocniej - sama ta myśl, że ludzie musieli przeżywać to codziennie - tę plątaninę barw malującą się na sklepieniu nad nimi, coraz mocniej go przerażała. Bo to naprawdę było jak psychodeliki. Patrzył na to widowisko z zamyśleniem, niepewny, czy jest świadkiem cudu, czy też nagłego rozpuszczenia się rzeczywistości w gęstej, pulsującej materii światła. Spojrzał też na swoje zachodzącą pomarańczą dłonie i najgorsze było zrozumienie. Uczył się o falach świetlnych, rozumiał fizykę, pojął ich działanie pod kątem naukowym i zawsze uważał to za niesamowitą ciekawostkę, ale miał wrażenie, że od dzisiaj wcale nie będzie lubił mówić o kolorach.
Laurent uderzał dłonią w piasek, a on drżał. I teraz był już chyba zmęczony wszystkim. Bo to było takie... nie jego. Te ubrania. Ta skóra. Ten oddech, tech zapach, ten głos. To irytujące napięcie w barkach, w reszcie ciała. Nie miał już siły tego rozbiegać, pewnie zaraz tutaj przyśnie, a przecież nigdy tak nie było - to noc była porą, w którą stawał się najaktywniejszy. Wieczór, zachód słońca - TO były jego domeny, a nie zasypianie wraz z dniem i budzenie się wraz z nadejściem kolejnego. Ale te uderzenia były najgorsze, bo wzmagały najbardziej upiorne wizje - takie, w których on idzie spać, a Prewett korzysta z możliwości i idzie bawić się, kiedy on nie ma już jak. Z kimś innym, z kimś lepszym, z kimś mniej płaczliwym, z kimś kto mu tutaj nie robi wyrzutów o chuj wie co, kimś kto nie grozi samobójstwem i nie próbuje kleić odpowiedzi niebezpiecznie granicy wyczerpania.
Tak, rozumiał to. Ale może wcale nie wystarczająco, żeby zrozumieć, w jaki sposób odczuwa to Prewett.
Owinął się rękoma szczelniej. Rozgrywało się właśnie przed nim niesamowite widowisko, takie na miarę najpiękniejszych ludzkich wspomnień, ale o wiele bardziej interesował go Laurent. Świat... był piękny, niewątpliwie. Potrafił doceniać jego uroki i bawić się nim, ale absolutnie nic nie miało znaczenia, kiedy nie miał obok kogoś, z kim mógłby te wszystkie rzeczy robić.
- Przestań, dobrze wiesz, że lubię, jakie masz dobre serce i nie o to mi chodzi. Powiedz mi, że będę najważniejszy, po prostu TO KURWA POWIEDZ. - I ten krzyk na końcu nawet nie zabrzmiał jak krzyk. Próbował unieść głos, ale nawet to mu nie wyszło - bo tym głosem nie krzyczało się w ten sposób. Nie miał pojęcia, skąd w ogóle brał w sobie energię do tego, żeby drążyć ten temat, żeby przedzierać się przez to wszystko i wciąż wybierać te zdania, które się dało wykorzystać w tej płomiennej zazdrości o jego uwagę. - Spójrz na mnie - puścił swoje nogi tylko po to, żeby opaść nimi na bok i jednak zacząć go popychać. Tak delikatnie i nieporadnie jak tylko się w takiej okoliczności dało, ale nie potrzebował niczego więcej. - Oddawaj mi je. Jak tak wyglądam, to nawet nie chcesz na mnie patrzeć. Oddawaj mi moje ciało, nie zniosę tego ani chwili dłużej, chcę mojego chłopaka z powrotem. Chcę, żebyś mi mówił kocham cię jakby to była prawda, a nie jakbyś chciał, żebym dał ci spokój. Zdecydowanie wolałem kiedy byłeś poetą, a nie gnojkiem.
Laurent uderzał dłonią w piasek, a on drżał. I teraz był już chyba zmęczony wszystkim. Bo to było takie... nie jego. Te ubrania. Ta skóra. Ten oddech, tech zapach, ten głos. To irytujące napięcie w barkach, w reszcie ciała. Nie miał już siły tego rozbiegać, pewnie zaraz tutaj przyśnie, a przecież nigdy tak nie było - to noc była porą, w którą stawał się najaktywniejszy. Wieczór, zachód słońca - TO były jego domeny, a nie zasypianie wraz z dniem i budzenie się wraz z nadejściem kolejnego. Ale te uderzenia były najgorsze, bo wzmagały najbardziej upiorne wizje - takie, w których on idzie spać, a Prewett korzysta z możliwości i idzie bawić się, kiedy on nie ma już jak. Z kimś innym, z kimś lepszym, z kimś mniej płaczliwym, z kimś kto mu tutaj nie robi wyrzutów o chuj wie co, kimś kto nie grozi samobójstwem i nie próbuje kleić odpowiedzi niebezpiecznie granicy wyczerpania.
Tak, rozumiał to. Ale może wcale nie wystarczająco, żeby zrozumieć, w jaki sposób odczuwa to Prewett.
Owinął się rękoma szczelniej. Rozgrywało się właśnie przed nim niesamowite widowisko, takie na miarę najpiękniejszych ludzkich wspomnień, ale o wiele bardziej interesował go Laurent. Świat... był piękny, niewątpliwie. Potrafił doceniać jego uroki i bawić się nim, ale absolutnie nic nie miało znaczenia, kiedy nie miał obok kogoś, z kim mógłby te wszystkie rzeczy robić.
- Przestań, dobrze wiesz, że lubię, jakie masz dobre serce i nie o to mi chodzi. Powiedz mi, że będę najważniejszy, po prostu TO KURWA POWIEDZ. - I ten krzyk na końcu nawet nie zabrzmiał jak krzyk. Próbował unieść głos, ale nawet to mu nie wyszło - bo tym głosem nie krzyczało się w ten sposób. Nie miał pojęcia, skąd w ogóle brał w sobie energię do tego, żeby drążyć ten temat, żeby przedzierać się przez to wszystko i wciąż wybierać te zdania, które się dało wykorzystać w tej płomiennej zazdrości o jego uwagę. - Spójrz na mnie - puścił swoje nogi tylko po to, żeby opaść nimi na bok i jednak zacząć go popychać. Tak delikatnie i nieporadnie jak tylko się w takiej okoliczności dało, ale nie potrzebował niczego więcej. - Oddawaj mi je. Jak tak wyglądam, to nawet nie chcesz na mnie patrzeć. Oddawaj mi moje ciało, nie zniosę tego ani chwili dłużej, chcę mojego chłopaka z powrotem. Chcę, żebyś mi mówił kocham cię jakby to była prawda, a nie jakbyś chciał, żebym dał ci spokój. Zdecydowanie wolałem kiedy byłeś poetą, a nie gnojkiem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.