- JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZY! - Wykrzyczał to od razu. Niemal z całą siłą tych płuc. Wpatrywał się w niego ze złością, coraz mocniej naładowany tymi emocjami. Gdzie była ta cisza i spokój, który mu się tak podobał? I czemu zawsze musieli tak kończyć? Przecież oni nie mieli żadnej przyszłości! Dobrze prawią - baby z Wenus, faceci z Marsa. Nie było szans na znalezienie porozumienia. Tylko jak to działało, skoro niby obaj stali gdzieś pomiędzy..? Niby. Prawdopodobnie pokazanie Laurenta jako przykładu niestabilnej emocjonalnie kobiety byłoby idealnym opisaniem płci pięknej. A gdyby pokazać Flynna? Gdzie byłby on? Gdzieś... gdzieś. Równie niepasujący do świata, co nie pasował tu Laurent. Tylko Laurent z innych powodów, niż płciowych. Choć... z tych również.
Flynn więc mógł nie mieć tutaj energii - on nadrabiał za ich dwójkę.
- Patrzę! - Złapał go za te ręce, żeby przestał go popychać, ale nie odepchnął go od siebie jednocześnie. A w końcu i tak je puścił, podpierając się tylko pod boki na piasku, żeby przestać się bujać. Wkurzało go nawet to, że Flynn nie obserwuje tego zachodu słońca. Czemu się nim nie zachwycał, przecież zachody słońca były najpiękniejsze! Aktualnie już nie myślał o tym, że ten kolorowy świat musiał być przerażający, że przecież mógł wyciągnąć te okulary przeciwsłoneczne, które kiedyś trafiły w jego ręce i leżały w garderobie. Miał tyle myśli, by tę chwilę umilić. I to było wcześniej. - G-gnojkiem? - Aż się zapowietrzył. Złapał głęboki haust powietrza, ale wbrew oczekiwaniom - nie zaczął się dusić. Po prostu głośno sapnął, czerwony już na skórze ze złości. - Teraz to wolisz! Ty nic nie wolisz! Jak jestem sobą to też nie lubisz, jak mówię! Nic ci się nie podoba, jesteś wiecznie zły, a ja się tak bardzo staram! - Teraz go dopiero od siebie odsunął. Albo raczej - siebie od niego. Po prostu wstał i zrobił krok w tył. - Wiecznie ci się coś nie podoba! Wyobraź sobie, że to nadal jestem ja! Ale to ci się też nie podoba. - Załamał mu się głos pod koniec, więc zaczerpnął znowu głęboko powietrza i pomachał dłońmi, żeby ściągnąć z siebie to specyficzne, gorące uczucie, kiedy zbiera się na płacz. Jeszcze on miał tutaj ryczeć. Nie. Wystarczająco dużo ryczał będąc sobą. Teraz nie musiał.