Patrzył się na niego uważnie, wzrokiem przeszywającym na wskroś. Słyszał ten krzyk, ale on doszukiwał się czegoś innego. Nie słów. On się w nim doszukiwał ciepła. Ciepła, którego w tym krzyku nie było.
Wygięło go tak, jakby miał zaszlochać, ale wciąż żadna łza nie spłynęła mu po policzkach. Zamiast tego bolało go już absolutnie wszystko - od głowy po nogi. Łeb go bolał od płakania, zęby od zgrzytania. Nawet nos piekł go od zbyt łapczywych oddechów. Gardło miał szorstkie. Mięśnie zastane, pełne napięcia. Bolał go kręgosłup. Bolały go nogi. Bolały go części, które próbował dzisiaj rozciągnąć. Bolał go tyłek, bo znowu to zrobił na fali chwili, zamiast się odpowiednio przygotować. Bolały go płuca i serce. Jedynie zawziętość, upartość i absolutne szaleństwo pozwoliły mu podnieść się na równe nogi i chwiejnie zbliżyć do niego, żeby pchnąć go jeszcze raz. Omal na niego przy tym nie upadł, a i tak nie udało mu się zrobić nic. Te ręce były tak wątłe, jakby próbował pchnąć dobrze zbudowaną ścianę z kamienia. Miał wrażenie, że nie udałoby mu się przewrócić dziecka, gdyby się odpowiednio nie zaparł nogami.
- Gnojkiem!! - Powtórzył, teraz jeszcze cicho, ale już za chwilę piskliwy krzyk miał znów ponieść się po plaży. - Przecież ja lubię, jak do mnie mówisz, jak mi opowiadasz, ale nie zniosę tego jak jesteś takim jebanym bucem. ABSOLUTNYM KURWA BUCEM. CZY TY SIĘ W OGÓLE SŁYSZYSZ? Zachowujesz się jak skończony k-kutas - narzekał wciąż, zachrypniętym i przemęczonym głosem. - K-kiedy t-tyy kurwa widzisz m-mooment, w którym chcesz mn-ie postawić na tym piedestale jak nie dzisiaj. Po co ty mi to w w ogóle mówisz, jak nie chcesz tego ro-robić, tylko się tak na mnie g-gapisz tym wzrokiem, jakbyś mnie... - Głośno przełknął ślinę. Jego wypowiedzi stawały się coraz cichsze i ich siła niknęła w zetknięciu z szumem fal przy zrywającym się wietrze.
Zamachnął się rękoma, ale nie pchnął go już, to była jakaś nieudolna próba rozładowania dudniącej w nim frustracji, po której wygrzmocił się na ten piasek jak skończona ciamajda i sam uderzył o niego otwartą dłonią. Ale to nie pomagało. To absolutnie nie pomagało wydobyć z ciała tego, co drzemało w środku. Więc krzyknął głośniej. Długie, żywe i bardzo piskliwe ryknięcie spłoszyło jakiegoś ptaka siedzącego na skale, ale on krzyczał dalej. To wycie było jak tafla szkła, po której ktoś jeździł nagle kamieniem - wysoki, piskliwy, niemal nieludzki. Początkowo czysty, przenikliwy dźwięk przerodził się w koszmar, jakby ktoś jeździł kredą po tablicy, albo rzępolił na skrzypcach, szarpiąc i przerywając pękające jedna za drugą struny. To nie był piękny, syreni śpiew, lecz nierówne tony nadszarpywane własnym ciężarem. Wył tak, przywołując nad tę plażę istny horror - to było wycie niosące ze sobą katastrofę i śmierć, kończący się dopiero wtedy, kiedy gardło paliło go już zbyt mocno i ściśnięte w bolesnym skurczu kazało mu przestać.
I znów był tylko ból. I takie pozbawione sensu wrażenie, że każda kolejna próba wydobycia z siebie czegoś więcej było jak rzucanie prochem w jebaną nicość.
Kłócił się już o tak wiele rzeczy, ale to był już skrajny nonsens. O co się właściwie pożarli? Zdążył już zapomnieć. Chyba o to, że kompletnie inaczej spoglądali na cieszenie się chwilą. O to, że nie potrafił czerpać z życia garściami i prosić o rzeczy. A może o coś zupełnie innego. Dało się uciec od uciążliwie silnych emocji, ale nie dało się uciec od bycia koszmarnie zepsutym człowiekiem.
Zadarł głowę do góry. Chciał powiedzieć przepraszam, ale nie wydobył z siebie już żadnego dźwięku. Jedynie poruszył wargami i opuścił głowę w dół. Ostatecznie się poddał.
Wygięło go tak, jakby miał zaszlochać, ale wciąż żadna łza nie spłynęła mu po policzkach. Zamiast tego bolało go już absolutnie wszystko - od głowy po nogi. Łeb go bolał od płakania, zęby od zgrzytania. Nawet nos piekł go od zbyt łapczywych oddechów. Gardło miał szorstkie. Mięśnie zastane, pełne napięcia. Bolał go kręgosłup. Bolały go nogi. Bolały go części, które próbował dzisiaj rozciągnąć. Bolał go tyłek, bo znowu to zrobił na fali chwili, zamiast się odpowiednio przygotować. Bolały go płuca i serce. Jedynie zawziętość, upartość i absolutne szaleństwo pozwoliły mu podnieść się na równe nogi i chwiejnie zbliżyć do niego, żeby pchnąć go jeszcze raz. Omal na niego przy tym nie upadł, a i tak nie udało mu się zrobić nic. Te ręce były tak wątłe, jakby próbował pchnąć dobrze zbudowaną ścianę z kamienia. Miał wrażenie, że nie udałoby mu się przewrócić dziecka, gdyby się odpowiednio nie zaparł nogami.
- Gnojkiem!! - Powtórzył, teraz jeszcze cicho, ale już za chwilę piskliwy krzyk miał znów ponieść się po plaży. - Przecież ja lubię, jak do mnie mówisz, jak mi opowiadasz, ale nie zniosę tego jak jesteś takim jebanym bucem. ABSOLUTNYM KURWA BUCEM. CZY TY SIĘ W OGÓLE SŁYSZYSZ? Zachowujesz się jak skończony k-kutas - narzekał wciąż, zachrypniętym i przemęczonym głosem. - K-kiedy t-tyy kurwa widzisz m-mooment, w którym chcesz mn-ie postawić na tym piedestale jak nie dzisiaj. Po co ty mi to w w ogóle mówisz, jak nie chcesz tego ro-robić, tylko się tak na mnie g-gapisz tym wzrokiem, jakbyś mnie... - Głośno przełknął ślinę. Jego wypowiedzi stawały się coraz cichsze i ich siła niknęła w zetknięciu z szumem fal przy zrywającym się wietrze.
Zamachnął się rękoma, ale nie pchnął go już, to była jakaś nieudolna próba rozładowania dudniącej w nim frustracji, po której wygrzmocił się na ten piasek jak skończona ciamajda i sam uderzył o niego otwartą dłonią. Ale to nie pomagało. To absolutnie nie pomagało wydobyć z ciała tego, co drzemało w środku. Więc krzyknął głośniej. Długie, żywe i bardzo piskliwe ryknięcie spłoszyło jakiegoś ptaka siedzącego na skale, ale on krzyczał dalej. To wycie było jak tafla szkła, po której ktoś jeździł nagle kamieniem - wysoki, piskliwy, niemal nieludzki. Początkowo czysty, przenikliwy dźwięk przerodził się w koszmar, jakby ktoś jeździł kredą po tablicy, albo rzępolił na skrzypcach, szarpiąc i przerywając pękające jedna za drugą struny. To nie był piękny, syreni śpiew, lecz nierówne tony nadszarpywane własnym ciężarem. Wył tak, przywołując nad tę plażę istny horror - to było wycie niosące ze sobą katastrofę i śmierć, kończący się dopiero wtedy, kiedy gardło paliło go już zbyt mocno i ściśnięte w bolesnym skurczu kazało mu przestać.
I znów był tylko ból. I takie pozbawione sensu wrażenie, że każda kolejna próba wydobycia z siebie czegoś więcej było jak rzucanie prochem w jebaną nicość.
Kłócił się już o tak wiele rzeczy, ale to był już skrajny nonsens. O co się właściwie pożarli? Zdążył już zapomnieć. Chyba o to, że kompletnie inaczej spoglądali na cieszenie się chwilą. O to, że nie potrafił czerpać z życia garściami i prosić o rzeczy. A może o coś zupełnie innego. Dało się uciec od uciążliwie silnych emocji, ale nie dało się uciec od bycia koszmarnie zepsutym człowiekiem.
Zadarł głowę do góry. Chciał powiedzieć przepraszam, ale nie wydobył z siebie już żadnego dźwięku. Jedynie poruszył wargami i opuścił głowę w dół. Ostatecznie się poddał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.