29.01.2023, 21:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2023, 21:52 przez Patrick Steward.)
Adrenalina buzowała w żyłach Stewarda, gdy brnął do brzegu. Z jej nadmiaru jeszcze nawet nie czuł zimna. Raczej z każdą sekundą narastała w nim irytacja na samego siebie. I wściekłość (również na siebie). Mógł wziąć zasłyszane plotki trochę bardziej na poważnie. Mógł nie bagatelizować ich jak ostatni kretyn. Przecież słyszał o zaginięciach przy molo… A to sobie wybrał świetne miejsce na pożegnanie się z Clare. Może teraz poczwara, która wciągnęła go do wody nosi na swojej żabio-ośmiorniczej szyi jego naszyjnik?
Potrząsnął głową, gdy już stał na tyle pewnie, że mógł bezpiecznie iść do brzegu. Mimo że w butach, czuł kamieno-piaszczyste dno, gdy brnął przez wodę. Zakaszlał, wypluwając kolejną porcję słonego płynu. Aż kręciło go od soli w nosie. Wiatr smagał go po plecach. Ubranie nieprzyjemnie kleiło się do ciała.
Irytacja na samego siebie tylko w nim narastała. Całe szczęście, że się nie utopił w tej cholernej wodzie. To już nawet nie byłoby pożegnanie z Clare, ale powrót do Clare. Może nawet gdzieś tam czekała właśnie na niego w świecie po drugiej stronie?
I pewnie przez to, jak bardzo był skupiony na wydostaniu się na brzeg i własnych myślach, Alannę usłyszał dopiero wtedy, gdy ta już ruszyła w jego stronę. Popatrzył na nią półprzytomnie. W pierwszej chwili skołowany w ogóle tym, że ktokolwiek jeszcze znalazł się na molo w tym czasie. A dopiero sekundę później uzmysławiając sobie, że to była akurat ta rudowłosa kobieta, którą nie tak dawno temu spotkał na cmentarzu a potem podczas interwencji aurorskiej.
Ale teraz to ona do niego szła a on wcale się nie narzucał. Słońce, które wyszło zza chmury, odbijało refleksy w jej ognistych włosach i Patrick po raz bodaj pierwszy pomyślał, że chciałby wsunąć w nie rękę, poczuć ich miękkość, pogładzić Alannę i zapytać, co ją tak zdenerwowało. Przecież nic wielkiego się nie stało. To tylko on się wygłupił.
Nie oponował, gdy zarzuciła mu koc na ramiona. Zamiast tego, wrócił razem z nią na drewniane molo – ale tym razem przysiadł od razu, w miejscu, gdzie się zaczynało, jak najdalej od jego końca, gdzie przecież za jakiś czas, może za parę godzin, wróci czająca się tam wodna istota.
- Cały czas tak samo czarująca – zażartował, gdy usłyszał jak nazwała go idiotą. Tym razem naprawdę zgadzał się z tym określeniem. Mógł chociaż założyć jakieś nauszniki… Otarł ręką twarz, która ociekała wodą. Nie przeszkadzał Alannie w tym co robiła. Zamiast tego obserwował ją tylko uważnie, spod półprzymkniętych powiek, coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, że jednak mu się nie wydawało. Naprawdę była zdenerwowana. Podniósł się ze swojego miejsca - Ej, już dobrze, nic mi się nie stało – dodał łagodniejszym tonem, łapiąc ją rękami za ramiona, by zwrócić na siebie jej uwagę. – Dziękuję za koc.
Zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie ją trzymał za ramiona (i jak to w ogóle wyglądało takie trzymanie?), odsunął się od rudowłosej kobiety. Uśmiechnął z zakłopotaniem, trochę przepraszająco.
- Co ty tu w ogóle robiłaś, do licha? Też przysłali cię, żebyś sprawdziła rozprzestrzeniające się w okolicy plotki o zaginięciach? – zagaił, nieudolnie próbując zamaskować własne zmieszanie.
I nagle dotarło do niego coś jeszcze. Zamarł na sekundę by zaraz po niej, z szybkością godną najlepszych szukających w Quidditchu, sięgnąć ręką do tylnej kieszeni jeansów i wyciągnąć stamtąd zalany, wysłużony szkicownik z przytroczonym do niego ołówkiem. W tym samym czasie twarz Patricka przechodziła szybką metamorfozę: od zaczerwienionej z zimna i stresu, przez pobielałą ze strachu by na końcu znowu poczerwienieć.
- Kurwa mać – syknął pod nosem. Jego szkicownik. Wysłużony, wykochany, może nieszczególnie atrakcyjny fizycznie (bo z pogniecioną skórzaną oprawą i rozciągniętą spinającą wszystko gumką), ale najlepszy jaki miał, konał właśnie, zamordowany w sposób tragiczny przez słoną wodę. Steward nie był pewien czy posklejane, mokre kartki dało się jeszcze uratować. A w środku miał jeszcze szkice sięgające czasów sprzed dwóch lat. Jeszcze nawet takie, które wykonał w obecności Clare. Z nimi też miał się pożegnać?
Szybko, nie patrząc na to, że zaczynał trząść się jak osika, próbował otworzyć szkicownik, by jakoś uratować te najcenniejsze rysunki.
Potrząsnął głową, gdy już stał na tyle pewnie, że mógł bezpiecznie iść do brzegu. Mimo że w butach, czuł kamieno-piaszczyste dno, gdy brnął przez wodę. Zakaszlał, wypluwając kolejną porcję słonego płynu. Aż kręciło go od soli w nosie. Wiatr smagał go po plecach. Ubranie nieprzyjemnie kleiło się do ciała.
Irytacja na samego siebie tylko w nim narastała. Całe szczęście, że się nie utopił w tej cholernej wodzie. To już nawet nie byłoby pożegnanie z Clare, ale powrót do Clare. Może nawet gdzieś tam czekała właśnie na niego w świecie po drugiej stronie?
I pewnie przez to, jak bardzo był skupiony na wydostaniu się na brzeg i własnych myślach, Alannę usłyszał dopiero wtedy, gdy ta już ruszyła w jego stronę. Popatrzył na nią półprzytomnie. W pierwszej chwili skołowany w ogóle tym, że ktokolwiek jeszcze znalazł się na molo w tym czasie. A dopiero sekundę później uzmysławiając sobie, że to była akurat ta rudowłosa kobieta, którą nie tak dawno temu spotkał na cmentarzu a potem podczas interwencji aurorskiej.
Ale teraz to ona do niego szła a on wcale się nie narzucał. Słońce, które wyszło zza chmury, odbijało refleksy w jej ognistych włosach i Patrick po raz bodaj pierwszy pomyślał, że chciałby wsunąć w nie rękę, poczuć ich miękkość, pogładzić Alannę i zapytać, co ją tak zdenerwowało. Przecież nic wielkiego się nie stało. To tylko on się wygłupił.
Nie oponował, gdy zarzuciła mu koc na ramiona. Zamiast tego, wrócił razem z nią na drewniane molo – ale tym razem przysiadł od razu, w miejscu, gdzie się zaczynało, jak najdalej od jego końca, gdzie przecież za jakiś czas, może za parę godzin, wróci czająca się tam wodna istota.
- Cały czas tak samo czarująca – zażartował, gdy usłyszał jak nazwała go idiotą. Tym razem naprawdę zgadzał się z tym określeniem. Mógł chociaż założyć jakieś nauszniki… Otarł ręką twarz, która ociekała wodą. Nie przeszkadzał Alannie w tym co robiła. Zamiast tego obserwował ją tylko uważnie, spod półprzymkniętych powiek, coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, że jednak mu się nie wydawało. Naprawdę była zdenerwowana. Podniósł się ze swojego miejsca - Ej, już dobrze, nic mi się nie stało – dodał łagodniejszym tonem, łapiąc ją rękami za ramiona, by zwrócić na siebie jej uwagę. – Dziękuję za koc.
Zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie ją trzymał za ramiona (i jak to w ogóle wyglądało takie trzymanie?), odsunął się od rudowłosej kobiety. Uśmiechnął z zakłopotaniem, trochę przepraszająco.
- Co ty tu w ogóle robiłaś, do licha? Też przysłali cię, żebyś sprawdziła rozprzestrzeniające się w okolicy plotki o zaginięciach? – zagaił, nieudolnie próbując zamaskować własne zmieszanie.
I nagle dotarło do niego coś jeszcze. Zamarł na sekundę by zaraz po niej, z szybkością godną najlepszych szukających w Quidditchu, sięgnąć ręką do tylnej kieszeni jeansów i wyciągnąć stamtąd zalany, wysłużony szkicownik z przytroczonym do niego ołówkiem. W tym samym czasie twarz Patricka przechodziła szybką metamorfozę: od zaczerwienionej z zimna i stresu, przez pobielałą ze strachu by na końcu znowu poczerwienieć.
- Kurwa mać – syknął pod nosem. Jego szkicownik. Wysłużony, wykochany, może nieszczególnie atrakcyjny fizycznie (bo z pogniecioną skórzaną oprawą i rozciągniętą spinającą wszystko gumką), ale najlepszy jaki miał, konał właśnie, zamordowany w sposób tragiczny przez słoną wodę. Steward nie był pewien czy posklejane, mokre kartki dało się jeszcze uratować. A w środku miał jeszcze szkice sięgające czasów sprzed dwóch lat. Jeszcze nawet takie, które wykonał w obecności Clare. Z nimi też miał się pożegnać?
Szybko, nie patrząc na to, że zaczynał trząść się jak osika, próbował otworzyć szkicownik, by jakoś uratować te najcenniejsze rysunki.
1565