12.02.2025, 02:05 ✶
Jonathan nieco niemrawo, dotknął nałożonego mu na głowę maszkarona, jakby musiał się upewnić, że to naprawdę się wydarzyło i nie był to jedynie okrutny koszmar. Jeden z gorszych które miał w ciągu ostatnich kilku tygodni, a przecież miewał je częstom. Palce niestety rzeczywiście napotkały materiał, z którego uszyto tę poczwarę.
– Nie – powiedział zaskakująco pewnie siebie, a potem ściągnął z głowy okrycie, czując przy tym na palcach dziwne mrowienie, jakby na skórze pozostał mu wciąż smród alkoholu i podrzędnych spelunek. Chyba jednak nie potrafił się oszpecić. Nie tak okrutnie. Zwłaszcza nie tak okrutnie, ale jeśli... Jeśli nie był w stanie przeżyć nawet kapelusza Woody'ego, to jak miałby przeżyć blond? Może... Może wyjątkowo nie miał dobrego pomysłu? – I to nie jest mój chłopak. A ja chyba dałem mu do zrozumienia, że ma wyjechać z kraju.
Westchnął cicho. Gdyby nie to żebro to może byłaby jakaś szansa. Gdyby nie to uczucie paranoi, które w nim wywołał to może... Otrząsnął się z tych myśli i aby nieco bardziej otrzeźwieć, chwycił butelkę Woody'ego, czy raczej jego własną, i upił z niej potężnego łyka trunku. Palące uczucie w gardle nieco pomogło.
– Żadnego łowcy wampirów – powtórzył nieco bardziej stanowczo. — Nie zrobi mi krzywdy. Ani nikomu mi bliskiemu. – Tego... Tego był w tym wszystkim dziwnie pewny. Westchnął ciężko i bardziej zapadł się w swoim fotelu.
– Mój romans – rzucił nieco przedrzeźniająco. – Mój pe... Nawet nie wiesz, co w ten sposób nazywasz. Ile lat. Ile... Zresztą nie ważne. Nie zrozumiesz. A w moim stanie i tak poderwałbym teraz więcej osób niż ty. – Tego był zdecydowanie pewien. Może rzeczywiście powinien odczekać? Uspokoić się. Dać im obu zdystansować się do tej sytuacji. Nagle spoważniał. – Chyba nie chcę farbować włosów Woody. Przepraszam, że cię tu wezwałem.
– Nie – powiedział zaskakująco pewnie siebie, a potem ściągnął z głowy okrycie, czując przy tym na palcach dziwne mrowienie, jakby na skórze pozostał mu wciąż smród alkoholu i podrzędnych spelunek. Chyba jednak nie potrafił się oszpecić. Nie tak okrutnie. Zwłaszcza nie tak okrutnie, ale jeśli... Jeśli nie był w stanie przeżyć nawet kapelusza Woody'ego, to jak miałby przeżyć blond? Może... Może wyjątkowo nie miał dobrego pomysłu? – I to nie jest mój chłopak. A ja chyba dałem mu do zrozumienia, że ma wyjechać z kraju.
Westchnął cicho. Gdyby nie to żebro to może byłaby jakaś szansa. Gdyby nie to uczucie paranoi, które w nim wywołał to może... Otrząsnął się z tych myśli i aby nieco bardziej otrzeźwieć, chwycił butelkę Woody'ego, czy raczej jego własną, i upił z niej potężnego łyka trunku. Palące uczucie w gardle nieco pomogło.
– Żadnego łowcy wampirów – powtórzył nieco bardziej stanowczo. — Nie zrobi mi krzywdy. Ani nikomu mi bliskiemu. – Tego... Tego był w tym wszystkim dziwnie pewny. Westchnął ciężko i bardziej zapadł się w swoim fotelu.
– Mój romans – rzucił nieco przedrzeźniająco. – Mój pe... Nawet nie wiesz, co w ten sposób nazywasz. Ile lat. Ile... Zresztą nie ważne. Nie zrozumiesz. A w moim stanie i tak poderwałbym teraz więcej osób niż ty. – Tego był zdecydowanie pewien. Może rzeczywiście powinien odczekać? Uspokoić się. Dać im obu zdystansować się do tej sytuacji. Nagle spoważniał. – Chyba nie chcę farbować włosów Woody. Przepraszam, że cię tu wezwałem.