12.02.2025, 02:52 ✶
To była prawda. Był zwyczajnie okrutny. I prawda mówiła też, że potrafił być jeszcze gorszy - niezliczoną ilość razy w to lato myślał o zdzieraniu z kogoś skóry pazurami z czystego gniewu i irytacji - bo znowu nie dostał tego, co chciał i zabijało go to od środka. Gdyby miał wymienić najgorsze ścierwa, jakie znał, obok liderów niszczenia innym życia, obok największych twarzy Ministerstwa i Ścieżek gotowych na to, żeby mordować za krzywe spojrzenia, wymieniłby siebie.
Fakt, że nie mógł dotrzeć do tego domu sam, że się musiał podpierać o innego człowieka... zdecydowanie mu nie pomagał. Wróci do siebie, czyli gdzie? Do tej obrzydliwej, szkaradnej zlepce kończyn i organów udającej żywego człowieka, która idealnie pasowała do tego, kim stał się przez te wszystkie lata? Leżała na nim jak naprawdę dobrze dopasowane spodnie. Okalała doskonale całe to zepsute jestestwo, ale to nie to było motorem napędowym błagania o tę zmianę. Oplótł się tymi drobnymi, bladymi, drżącymi rękoma tyle razy. Tyle razy wytarł nimi łzy, tyle razy zakrył nimi uszy i oczy. Nic nie działało. Nic nie dawało mu ulgi, nic nie przynosiło mu tego samego spełnienia, jakie czuł kiedy obejmował go Laurent. Jedynym co teraz czuł, było zimno i chłód, zestawione z głębokim uczuciem porażki. W momencie przekraczania progu domu, będącego jego schronieniem przez ostatnie dni, wydawało mu się, że zaśnięcie po czymś takim jest zwyczajnie niemożliwe.
Mylił się. Zasnął od razu i pierwszy raz w życiu śnił. To był bardzo barwny, bardzo realistyczny sen, w którym Frances wyglądała jak czarno-biała wycinanka podążająca jego szlakiem, żeby pożerać serca każdego, kto śmiał się do niego zbliżyć. Wiercił się, spychał z siebie koc i jęczał w niemożliwie irytujący sposób, próbując odgonić najgorszą z możliwych myśli - że coś takiego mogłoby mu się spodobać. Bo może było to kompletne szaleństwo, ale przynajmniej było jakimś wyrazem oddania, co stało w sprzeczności z odrzuceniem kiedy pokazywał esencję swojego wnętrza - pierwotny strach, z jakiego został wykuty przez los, żyjący w nim zawsze i pożerający wszystko, czego się dotykał.
Być może obudziłby się z krzykiem, gdyby w ogóle mógł się odezwać. Zamiast tego zachłysnął się powietrzem, a w jego oczach rozbłysła panika. Szukał rękoma, nogami, oczyma, nosem... czegokolwiek. Oznak życia obok, albo przynajmniej blisko. Kogoś, kogo mógłby chwycić i nie zapłakać nad tym, że nie obudził się sam, a moment obmywania nóg i rąk z piasku nie był ostatnim dotykiem, jaki miał ofiarować mu los. Nienawidził tego ciała. Nienawidził widzieć kolorów. Nienawidził tego ciała, bo był w jego wnętrzu, zamiast dać mu oplatać się w inny sposób.
Fakt, że nie mógł dotrzeć do tego domu sam, że się musiał podpierać o innego człowieka... zdecydowanie mu nie pomagał. Wróci do siebie, czyli gdzie? Do tej obrzydliwej, szkaradnej zlepce kończyn i organów udającej żywego człowieka, która idealnie pasowała do tego, kim stał się przez te wszystkie lata? Leżała na nim jak naprawdę dobrze dopasowane spodnie. Okalała doskonale całe to zepsute jestestwo, ale to nie to było motorem napędowym błagania o tę zmianę. Oplótł się tymi drobnymi, bladymi, drżącymi rękoma tyle razy. Tyle razy wytarł nimi łzy, tyle razy zakrył nimi uszy i oczy. Nic nie działało. Nic nie dawało mu ulgi, nic nie przynosiło mu tego samego spełnienia, jakie czuł kiedy obejmował go Laurent. Jedynym co teraz czuł, było zimno i chłód, zestawione z głębokim uczuciem porażki. W momencie przekraczania progu domu, będącego jego schronieniem przez ostatnie dni, wydawało mu się, że zaśnięcie po czymś takim jest zwyczajnie niemożliwe.
Mylił się. Zasnął od razu i pierwszy raz w życiu śnił. To był bardzo barwny, bardzo realistyczny sen, w którym Frances wyglądała jak czarno-biała wycinanka podążająca jego szlakiem, żeby pożerać serca każdego, kto śmiał się do niego zbliżyć. Wiercił się, spychał z siebie koc i jęczał w niemożliwie irytujący sposób, próbując odgonić najgorszą z możliwych myśli - że coś takiego mogłoby mu się spodobać. Bo może było to kompletne szaleństwo, ale przynajmniej było jakimś wyrazem oddania, co stało w sprzeczności z odrzuceniem kiedy pokazywał esencję swojego wnętrza - pierwotny strach, z jakiego został wykuty przez los, żyjący w nim zawsze i pożerający wszystko, czego się dotykał.
Być może obudziłby się z krzykiem, gdyby w ogóle mógł się odezwać. Zamiast tego zachłysnął się powietrzem, a w jego oczach rozbłysła panika. Szukał rękoma, nogami, oczyma, nosem... czegokolwiek. Oznak życia obok, albo przynajmniej blisko. Kogoś, kogo mógłby chwycić i nie zapłakać nad tym, że nie obudził się sam, a moment obmywania nóg i rąk z piasku nie był ostatnim dotykiem, jaki miał ofiarować mu los. Nienawidził tego ciała. Nienawidził widzieć kolorów. Nienawidził tego ciała, bo był w jego wnętrzu, zamiast dać mu oplatać się w inny sposób.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.