12.02.2025, 10:46 ✶
Tam w środku był człowiek, którego kochał. Tam w środku był człowiek, o którego stawał się coraz toksyczniej zazdrosny. Człowiek, którego chciał mieć dla siebie już na zawsze, nawet jeżeli ten nie rozumiał go ani trochę. W tym musiało chodzić o coś innego niż zrozumienie, bo mimo fali gorzkich słów, miłość w nim wcale nie przygasła, za to musiała wpuścić obok siebie silne, bolesne ukłucia czystej desperacji.
Jego stosunek do widzenia przed sobą własnego odbicia zmieniał się przeciwnie do tego, jak podchodził do tego Laurent. Wcześniej blada twarz skąpana w morzu czarnych loków wydawała się bezpieczną przystanią - bo była czymś mu bardzo znanym w świecie zalanym nowością, a on nie cierpiał nowości. Nie lubił nowych ubrań, nowych dań, nowych mebli. Nie wiedział też, jakie rzeczy lubił. Jego stare, zepsute, do jakich przywykł i twierdził, że nie potrzebuje innego życia. Egzystencja na Ścieżkach była okropna, ale oferowała jakąś stałość. Cyrk smakował znaną mu już nostalgią. Cain przeżywał te same rzeczy w kółko, mógł tkwić w tych samych fantazjach w nieskończoność. Przy Laurencie... Te fantazje się kończyły. Laurent ciężko przeżywał swoją przeszłość, ale nie rozpaczał nad nią non stop. Miał życie, którym żył. Lęki nie pozwalały mu spoglądać daleko w przyszłość, ale miał różne marzenia i plany - częścią nich było poszukiwanie przyjemności. Flynn się tej przeszłości i krzywd mu wyrządzonych trzymał jak świętych manuskryptów i miał bardzo wyraźną wizję tego, czym zakończy się wszystko, czego się dotykał - absolutną, bolesną i duszącą porażką. Ciężko było komuś z takim przepisem na funkcjonowanie zawiesić się na tu i teraz. Zapewne jeszcze ciężej było zrozumieć komuś zdrowemu, że dla niego moment powiedzenia nie wiem co będzie kiedyś smakował jak najgorsza z możliwych kar.
Jak to wszystko przetrwać?
Powiedział to w emocjach, ale już teraz wiedział, że to prawda. Jeżeli Laurent go zostawi, to się zabije. Mógłby wybłagać Alexandra o przebaczenie. Mógłby zrobić coś samolubnego, żeby Cain nie miał wyjścia i musiał z nim uciec. Mógłby wrócić na Ścieżki. Mógłby poszukać sobie kogoś innego, komu chciało się spełniać jego zachcianki i wrócić do wymieniania partnerów jak rękawiczek. Ale nie chciał. To było meritum tej kłótni - tym czego chciał było czuć na sobie dotyk Laurenta Prewetta. Chciał się czuć jak element komediowy jakiejś bajki, kiedy mieszkał w domu przypominającym jakiś pałac i korzystał z czegoś, co nigdy nie powinno być mu pisane. Z delikatności, z subtelności, z piosenek uspokajających go w nawet najgorszym momencie, z uśmiechu potrafiącego rozjaśnić każdą twarz. Dlaczego to nie mogła być prawidłowa odpowiedź? Chcę ciebie. Każdego, nawet najmniejszego okruchu twojej uwagi. Wszystkiego co możesz mi dać, żebym czuł się tak chciany i potrzebny jak w dniu, w którym się w tobie zakochałem.
Wtulił się w to cielsko, ale po chwili się od niego odsunął. Nie po to, żeby stąd uciec, ale żeby nawiązać dialog. Niemy, bo naprawdę nie mógł się odezwać. I wiedział, że Laurent na pewno języka migowego nie zna, on też zresztą mylił się w nim ciągle, ale istniał wciąż język gestów. Tych uniwersalnych, które rozumieli wszyscy. Zastukanie palcami w swoją klatkę piersiową. Otoczenie się ramionami i zabujanie się. A później zastukanie w niego. Ja kocham ciebie. Oczy mu się kleiły, poranne światło bolało bardziej niż zazwyczaj, ale powtórzył to jeszcze kilka razy. Ja kocham ciebie. A później przestał pokazywać na niego. Stukał palcami w siebie, oplatał się rękoma, bujał się na boki, ale później znów stukał w siebie i kręcił głową. Bo siebie nie kochał wcale. Siebie nienawidził, a tej nienawiści miał w sobie naprawdę dużo. Znów stukał w siebie. Ułożył dłonie jak do modlitwy i ułożył je pod swoją głową, jakby miał iść spać. A później zastukał w niego i pokazał rękoma ogrom. Chciał go doprowadzić do wielkości. Uczynić kimś zadowolonym z samego siebie. I chciał przekazać jeszcze więcej, ale panika sprzed chwili mijała, a do niego coraz mocniej docierała perspektywa konsekwencji i ta szansa, że... Zostanie tu sam. Oczywistą reakcją był powrót w bezpieczne objęcia - wtulił się w niego znowu i dopiero kiedy miał tak blisko tę klatkę piersiową z obrazkiem, którego bardzo nie lubił, coś do niego dotarło. Skóra. Przygryzł wargę i przyłożył do niej swoje zimne palce, żeby zacząć po nich przesuwać. P r z e p r a s z a m, które wczoraj nie wybrzmiało, zostało wyrysowane palcami na skórze, litera za literą. Naparł ręką na jego bark. Próbował położyć ich w pozycji, w której zawsze leżeli, tylko na opak. Nie na opak ciałami, to wciąż to samo ciało miało leżeć na plecach i obejmować drugie ręką, kiedy to kładło głowę na jego ramieniu, nogę na udach i... palce na klatce piersiowej. Żeby móc kontynuować jedyny sposób kontaktu na jaki wpadł i umożliwić mu obserwowanie tych ruchów. N a p r a w d ę c i ę k o c h a m. Z m i e n i a s z m o j e ż y c i e n a l e p s z e. J e s t e m z e p s u t y a l e n a p r a w d ę c i ę k o c h a m i l u b i ę s p ę d z a ć z t o b ą c z a s. Schował własną twarz w jego szyi, uciekając od namolnych promieni słońca. M ó w i ł e ś m i o t y c h r z e c z a c h p r z e z k t ó r e c i e r p i s z a j a s t a ł e m t u j a k i d i o t a i m ó w i ł e m c i t e w s z y s t k i e r z e c z y a p ó ź n i e j s z e d ł e m n a t r a p e z i k i l k a g o d z i n m y ś l a ł e m o t y m ż e b y ł b y m s z c z ę ś l i w y z k i m ś k t o c h c e b y ć k o c h a n y w t a k i s p o s ó b. N i e n i e n a w i d z ę c i ę j a c i ę a d o r u j ę. B a r d z o b o j ę s i ę p r z y s z ł o ś c i c i ę ż k o m i s i ę u s p o k o i ć k i e d y c o ś m o ż e m i c i ę z a b r a ć. Obrócił pierścionek na palcu i czekał na jakiś znak od wszechświata, że miał to kontynuować, albo po prostu zamilknąć już zupełnie.
Jego stosunek do widzenia przed sobą własnego odbicia zmieniał się przeciwnie do tego, jak podchodził do tego Laurent. Wcześniej blada twarz skąpana w morzu czarnych loków wydawała się bezpieczną przystanią - bo była czymś mu bardzo znanym w świecie zalanym nowością, a on nie cierpiał nowości. Nie lubił nowych ubrań, nowych dań, nowych mebli. Nie wiedział też, jakie rzeczy lubił. Jego stare, zepsute, do jakich przywykł i twierdził, że nie potrzebuje innego życia. Egzystencja na Ścieżkach była okropna, ale oferowała jakąś stałość. Cyrk smakował znaną mu już nostalgią. Cain przeżywał te same rzeczy w kółko, mógł tkwić w tych samych fantazjach w nieskończoność. Przy Laurencie... Te fantazje się kończyły. Laurent ciężko przeżywał swoją przeszłość, ale nie rozpaczał nad nią non stop. Miał życie, którym żył. Lęki nie pozwalały mu spoglądać daleko w przyszłość, ale miał różne marzenia i plany - częścią nich było poszukiwanie przyjemności. Flynn się tej przeszłości i krzywd mu wyrządzonych trzymał jak świętych manuskryptów i miał bardzo wyraźną wizję tego, czym zakończy się wszystko, czego się dotykał - absolutną, bolesną i duszącą porażką. Ciężko było komuś z takim przepisem na funkcjonowanie zawiesić się na tu i teraz. Zapewne jeszcze ciężej było zrozumieć komuś zdrowemu, że dla niego moment powiedzenia nie wiem co będzie kiedyś smakował jak najgorsza z możliwych kar.
Jak to wszystko przetrwać?
Powiedział to w emocjach, ale już teraz wiedział, że to prawda. Jeżeli Laurent go zostawi, to się zabije. Mógłby wybłagać Alexandra o przebaczenie. Mógłby zrobić coś samolubnego, żeby Cain nie miał wyjścia i musiał z nim uciec. Mógłby wrócić na Ścieżki. Mógłby poszukać sobie kogoś innego, komu chciało się spełniać jego zachcianki i wrócić do wymieniania partnerów jak rękawiczek. Ale nie chciał. To było meritum tej kłótni - tym czego chciał było czuć na sobie dotyk Laurenta Prewetta. Chciał się czuć jak element komediowy jakiejś bajki, kiedy mieszkał w domu przypominającym jakiś pałac i korzystał z czegoś, co nigdy nie powinno być mu pisane. Z delikatności, z subtelności, z piosenek uspokajających go w nawet najgorszym momencie, z uśmiechu potrafiącego rozjaśnić każdą twarz. Dlaczego to nie mogła być prawidłowa odpowiedź? Chcę ciebie. Każdego, nawet najmniejszego okruchu twojej uwagi. Wszystkiego co możesz mi dać, żebym czuł się tak chciany i potrzebny jak w dniu, w którym się w tobie zakochałem.
Wtulił się w to cielsko, ale po chwili się od niego odsunął. Nie po to, żeby stąd uciec, ale żeby nawiązać dialog. Niemy, bo naprawdę nie mógł się odezwać. I wiedział, że Laurent na pewno języka migowego nie zna, on też zresztą mylił się w nim ciągle, ale istniał wciąż język gestów. Tych uniwersalnych, które rozumieli wszyscy. Zastukanie palcami w swoją klatkę piersiową. Otoczenie się ramionami i zabujanie się. A później zastukanie w niego. Ja kocham ciebie. Oczy mu się kleiły, poranne światło bolało bardziej niż zazwyczaj, ale powtórzył to jeszcze kilka razy. Ja kocham ciebie. A później przestał pokazywać na niego. Stukał palcami w siebie, oplatał się rękoma, bujał się na boki, ale później znów stukał w siebie i kręcił głową. Bo siebie nie kochał wcale. Siebie nienawidził, a tej nienawiści miał w sobie naprawdę dużo. Znów stukał w siebie. Ułożył dłonie jak do modlitwy i ułożył je pod swoją głową, jakby miał iść spać. A później zastukał w niego i pokazał rękoma ogrom. Chciał go doprowadzić do wielkości. Uczynić kimś zadowolonym z samego siebie. I chciał przekazać jeszcze więcej, ale panika sprzed chwili mijała, a do niego coraz mocniej docierała perspektywa konsekwencji i ta szansa, że... Zostanie tu sam. Oczywistą reakcją był powrót w bezpieczne objęcia - wtulił się w niego znowu i dopiero kiedy miał tak blisko tę klatkę piersiową z obrazkiem, którego bardzo nie lubił, coś do niego dotarło. Skóra. Przygryzł wargę i przyłożył do niej swoje zimne palce, żeby zacząć po nich przesuwać. P r z e p r a s z a m, które wczoraj nie wybrzmiało, zostało wyrysowane palcami na skórze, litera za literą. Naparł ręką na jego bark. Próbował położyć ich w pozycji, w której zawsze leżeli, tylko na opak. Nie na opak ciałami, to wciąż to samo ciało miało leżeć na plecach i obejmować drugie ręką, kiedy to kładło głowę na jego ramieniu, nogę na udach i... palce na klatce piersiowej. Żeby móc kontynuować jedyny sposób kontaktu na jaki wpadł i umożliwić mu obserwowanie tych ruchów. N a p r a w d ę c i ę k o c h a m. Z m i e n i a s z m o j e ż y c i e n a l e p s z e. J e s t e m z e p s u t y a l e n a p r a w d ę c i ę k o c h a m i l u b i ę s p ę d z a ć z t o b ą c z a s. Schował własną twarz w jego szyi, uciekając od namolnych promieni słońca. M ó w i ł e ś m i o t y c h r z e c z a c h p r z e z k t ó r e c i e r p i s z a j a s t a ł e m t u j a k i d i o t a i m ó w i ł e m c i t e w s z y s t k i e r z e c z y a p ó ź n i e j s z e d ł e m n a t r a p e z i k i l k a g o d z i n m y ś l a ł e m o t y m ż e b y ł b y m s z c z ę ś l i w y z k i m ś k t o c h c e b y ć k o c h a n y w t a k i s p o s ó b. N i e n i e n a w i d z ę c i ę j a c i ę a d o r u j ę. B a r d z o b o j ę s i ę p r z y s z ł o ś c i c i ę ż k o m i s i ę u s p o k o i ć k i e d y c o ś m o ż e m i c i ę z a b r a ć. Obrócił pierścionek na palcu i czekał na jakiś znak od wszechświata, że miał to kontynuować, albo po prostu zamilknąć już zupełnie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.